photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10


Tajlandia 2010

sobota 9.07.2011

TAM, GDZIE BUDDA SIĘ ŚMIEJE, A TYGRYSY MÓWIĄ DOBRANOC

Chyba każdemu marzy się podróż życia w odległe zakątki świata, które skrywają niejedną przygodę? Dla mnie to marzenie się spełniło. Pozwólcie, że opowiem Wam moją historię…

Do dziś pamiętam ten stres w chwili, kiedy kupowałam bilet do Bangkoku – klamka zapadła. Całkiem przypadkiem trafiłam na promocję lotniczą i postanowiłam polecieć do Azji – sama, ot tak, po prostu. Moja pierwsza samodzielna podróż daleko poza Europę napawała mnie podnieceniem, ale też lekką obawą. Zupełnie niepotrzebnie, bo Tajlandia okazała się być przyjaznym turystom rajem na ziemi. Ukochanym miejscem, za którym już zawsze będę tęsknić.

Po trzynastu godzinach oczekiwania na spóźniony samolot na lotnisku w Kijowie i jeszcze kolejnych dziesięciu już w powietrzu spragniona nowych wrażeń dotarłam w końcu na miejsce. Bangkok zaskakiwał mnie od początku właściwie na każdym rogu ulicy, a jego tajemnice odkrywałam w towarzystwie chińsko – tajskim. Zaczęliśmy od nauki jedzenia pałeczkami, co wychodziło mi dość niezdarnie nawet już pod koniec wyprawy. Delektowałam się słynną na cały świat kuchnią, choć z trudem przełykałam każdy piekący kęs. Za to zupy – wyborne! Chociaż o dziwo, do zup również należy posługiwać się pałeczkami. Zaciekawiona przeciskałam się przez tłoczne targowiska, gdzie kobiety handlowały najbardziej cudacznymi dziwadłami, jakie dotąd widziałam. I tak wśród tych różności można było kupić różowe jajka, żabę, węża, szaszłyki z ośmiornicy, a nawet suszonego konika polnego, którego zdecydowałam się spróbować 😉

W kulturze Wschodu zadurzyłam się po raz pierwszy, kiedy stanęłam przed imponującym kompleksem świątyń w stolicy Tajlandii, która obfituje wręcz w niesamowite zabytki. Po mieście poruszałam się zwykle przez Chao Phraya, gdzie zawsze panuje duży ruch. Bynajmniej nie jest to wcale ulica, ale główna rzeka, od której odchodzi jeszcze wiele kanałów stanowiących sieć komunikacji. Wzdłuż brzegu wznoszą się olbrzymie, nowoczesne hotele zaraz obok skromnych chatek bez okien skleconych z kilku zardzewiałych blach.

Z kolei południe kraju przygotowało dla mnie niemałą niespodziankę. Wyobraźcie sobie lagunę, głęboki błękit spokojnej tafli morza, z której wystają ogromne skały porośnięte gęsto egzotyczną roślinnością. Do tego delikatny piaseczek i palmy na plaży – poczułam się jak w raju! Rozkoszowałam się nieskończenie tym jakże przyjemnym widokiem popijając orzeźwiające soki ze świeżych owoców. A na deser… pszenne naleśniki nadziewane bananami i polane czekoladą – obowiązkowy przysmak miasteczka Krabi!

Ponieważ nie umiem usiedzieć zbyt długo, zdecydowałam się na rozpoznanie terenu. Wynajem kajaków jest tani, z resztą jak wszystko w Tajlandii, co pozwala bez ograniczeń cieszyć się wszystkim, co ten cudowny kraj oferuje podróżnym. A jest tego sporo, właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ja po wielu godzinach kajakowania i przeciskania się przez wąskie „ścieżki” lasu namorzynowego, gdzie małpy skakały mi niemalże nad głową, zdecydowałam się na popołudniowy trekking po dżungli na grzbiecie słonia. Nie chcąc napędzać bardzo często krzywdzącego zwierzęta interesu, znalazłam fundację, która pomaga i daje dożywotni dom kilkudziesięciu olbrzymom. Przynajmniej wiedziałam, że moje pieniądze trafią w odpowiednie miejsce. Po kołyszącej przejażdżce długo jeszcze bawiłam się ze słoniami i karmiłam je ananasami, a one mnie obwąchiwały i dotykały trąbą w poszukiwaniu jedzenia. Przeszczęśliwa, choć zmęczona (kajakowaniem oczywiście) spróbowałam słynnego masażu tajskiego. Delikatnie ujmując, jest bardzo NIEdelikatny. Starsza kobieta deptała po mnie, ugniatała moje mięśnie, wyginała kończyny, nie zwracając uwagi na moje protesty. Zabawne, bo po wszystkim czułam się jednak odprężona i zrelaksowana. Od tej pory masaże weszły w stały element każdego wieczoru.

Kolejne dni na wybrzeżu szykowały dla mnie niemniejsze wrażenia. Wybrałam się w rejs po zatoce Phanga Bay, gdzie na jednym z przystanków karmiłam zuchwałe małpy, mieszkające w jaskini – świątyni. Płynęłam canoe po labiryncie skał przeciskając się przez tunele niewiele wyższe od poziomu wody. Odwiedziłam również słynną wyspę Jamesa Bonda, jednak największe wrażenie wywarła na mnie wizyta w pływającej wiosce – Koh Panyee. Na złączonych ze sobą tratwach mieszkają muzułmanie, toczący leniwe życie na spokojnych wodach Morza Andamańskiego. Chociaż brakuje jakiegokolwiek zaplecza medycznego, to można zobaczyć szkołę, a nawet pływający cmentarz.

Tajlandia słynie z nieziemskich wysp, dlatego kilka następnych dni spędziłam pływając od jednej do drugiej, czasem zatrzymując się na nocleg. Poruszałam się długimi, drewnianymi łodziami, przy czym zawsze wybierałam te najbardziej kolorowo przystrojone. Za każdym razem obowiązkowo zabierałam ze sobą na pokład rurkę z maską, by podziwiać bogactwo podwodnego życia. Nie brakowało barrakud, kolorowych rybek, rafy i wielkich meduz, które jednak wolałam omijać. Czuję lekki niedosyt, gdyż nie udało mi się spotkać rekinów – to kolejny powód, żeby wrócić do Tajlandii!

Po nadmorskich przygodach wygrzana wróciłam na kontynent. Zafascynowana fotografowałam orientalne zabytki w Ayutthayi – dawnej stolicy Tajlandii – przygryzając przy tym smakołyk znany wyłącznie w tym regionie kraju. Jest nim włochata, kolorowa wata cukrowa owinięta w zielony naleśnik – w smaku bardzo słodka, z wyglądu… no cóż, po prostu dziwna, jak wszystko w Azji. Większość świątyń to już tylko ruiny, zniszczone po wieloletnich wojnach z Birmą. Znacznie lepiej zachowały się te w Sukhothai – uroczym miasteczku, które jak magnes przyciąga wszystkich podróżników w drodze na północ.

Podczas podróży poruszałam się wieloma przeróżnymi środkami transportu – od łodzi, przez tuk-tuki,

po pociągi prosto jak z horroru. Najśmieszniejsze, że kiedy już zajęłam miejsce w starym wagonie bez okien, konduktor przeprosił mnie tłumacząc, że to jest pierwsza klasa, a ja mam bilet na drugą! Kiedy przesiadłam się do kolejnego, po środku stała drewniana ława z wydzielonymi miejscami dla mnichów i osobno dla pozostałych podróżnych. U sufitu podwieszone były wiatraczki a’la klimatyzacja, a dziury z drewnianymi deseczkami niby okiennice stanowiły imitację okien, przez które miejscowi próbowali mi coś sprzedać, kiedy pociąg przejeżdżał akurat przez sam środek targowiska.

Można powiedzieć, że na „deser” mojej wyprawy zostawiłam Kanchanaburi. Znajdują się tam cudowne wodospady Erewan, a także słynny most na rzece Kwai, upamiętniający śmierć tysięcy jeńców alianckich, którzy zginęli w niewyobrażalnych warunkach podczas budowy kolei śmierci, jak ją później nazwano. Jest jednakże coś jeszcze, co przyciągnęło mnie do tego miasta, mianowicie Świątynia Tygrysów. Prowadzona przez mnichów buddyjskich jest domem dla kilkudziesięciu drapieżników i ponad setki bydła oraz innych zwierząt. Jest znana z programu na AnimalPlanet, ukazującego oswojone tygrysy, które są kąpane, karmione z butelki i prowadzane na smyczy przez Azjatów. Miałam szczęście oglądać to na własne oczy! Nigdy nie zapomnę dotyku tygrysiej sierści, jego potężnego łba, groźnych kłów i tego rozleniwionego spojrzenia kocimi ślepiami – marzenia się spełniają! Bawiąc się z kociakami byłam w takiej euforii, że zupełnie zapomniałam o strachu. Będę musiała się go nauczyć, bo przecież nie można zapomnieć, że dzikie zwierzę, choćby od pierwszych dni chowało się z ludźmi, to i tak gdzieś w głębi duszy na zawsze pozostanie dzikie i przez to nieobliczalne.

Wolontariuszem w Świątyni może zostać właściwie każdy, kto dysponuje miesiącem wolnego czasu i odpowiednią kwotą na bilet lotniczy. Na miejscu nie trzeba się już liczyć z kosztami, jako że w Tajlandii wszystko jest znacznie tańsze niż u nas. Ponadto mnisi zapewniają skromne wyżywienie, przygotowane w tradycyjny sposób (a więc bardzo ostre!). Dostępne jest też lokum, chociaż warunki są surowe – zgodnie z buddyjskim stylem życia. Należy pamiętać, że jest to teren świątyni, więc obowiązuje również odpowiedni ubiór. O poranku medytacja – mile widziani są wyznawcy wszelkich religii. A później już tylko cały dzień z …tygrysami.

Moja podróż nieubłaganie dobiegała końca, lecz zanim wyruszyłam- raz jeszcze podziwiałam piękny poranek w Tajlandii. Jeszcze jedno pyszne śniadanie i nie wiem już które lassi bananowe. Kolejny miły człowiek zabawiający mnie rozmową i opowiadający jakże ciekawe historie. Czułam, że przyzwyczaiłam się już do tego świata, do nieładu, nieporządku, braku pośpiechu, ale też do uśmiechu mijanych przeze mnie ludzi, do ich życzliwości, do słońca, zapachu i smaku.

Jeśli istnieje raj na ziemi, to dla mnie jest on właśnie w Tajlandii.

Natalia Rożniewska

zdjęcia z wyprawy


Brak komentarza

Brak komentarza.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.

Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych