photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10


Afryka 2017

czwartek 9.11.2017

Każdy z nas ma marzenia i spędza dużo czasu na snuciu planów na przyszłość. Moim marzeniem, już od najmłodszych lat, było podziwianie z bliska afrykańskich zwierząt. Z pewnością przyczyniły się do tego programy przyrodnicze, które potrafiłam oglądać na okrągło na zmianę z moją ulubioną (nawet do tej pory) bajką Król Lew. Jednak po rozpoczęciu studiów postanowiłam skupić się na mniej egzotycznych pacjentach, takich jak psy, koty czy konie. Pewnego dnia, myśl o  wyprawie do Afryki powróciła i nie dawał mi spokoju. I tak, po długich przygotowaniach, w lipcu zeszłego roku udało mi się pojechać do RPA, gdzie przez miesiąc przyglądałam się pracy lekarza weterynarii dzikich zwierząt. Te 4 tygodnie już na zawsze zmieniły moje życie.  Patrząc po raz ostatni na płytę lotniska w Johannesburgu, obiecałam sobie, że wrócę do Afryki by nauczyć się jeszcze więcej.

Afryka 2017Jak pomyślałam, tak też zrobiłam i pod koniec czerwca tego roku ponownie wyruszyłam na czarny ląd. Tym razem jednak, moja przygoda rozpoczęła się w Namibii, gdzie wraz z absolwentką naszego wydziału, Marią Geremek, przez tydzień pomagałyśmy w dorocznym przeglądzie weterynaryjnym kotów, zamieszkujących Africat Foundation w Okonjima Lodge. Oczywiście mówiąc koty, nie mam na myśli naszych domowych burasków i mruczków, o nie… Naszymi pacjentami były duże afrykańskie i na dodatek dzikie koty. Dokładnie 16 gepardów, 4 lamparty, 2 lwy i 1 hiena (oczywiście ta należy do psowatych). Wraz z zespołem specjalistów starannie przebadaliśmy każde zwierzę i w razie potrzeby wykonaliśmy odpowiednie zabiegi. W wielkim skrócie badanie jednego zwierzęcia wyglądało następująco:

Po pierwsze – znieczulenie. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zbliży się do dzikiego geparda a już tym bardziej lwa. Dlatego właśnie każde zwierzę otrzymywało zastrzyk znieczulający, przy użyciu specjalnej strzałki wystrzelonej z broni Palmera. Po upewnieniu się, że kot śpi, mogliśmy przenieść go na tył samochodu i przewieźć do kliniki, gdzie czekał już zespół lekarzy. Po dotarciu na miejsce: ważenie, intubacja pobranie krwi (żylnej i tętniczej) oraz moczu. Następnie USG jamy brzusznej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na obraz nerek i śledziony, gastroskopia wraz z pobraniem wycinków do badań histopatologicznych i na koniec sprawdzenie stanu uzębienia. W przypadku chorych lub złamanych zębów, stomatolog przeprowadzał leczenie kanałowe lub inne niezbędne zabiegi. Na koniec każdy kot został zaszczepiony przeciwko wściekliźnie oraz panleukopenii. Istotną częścią całej akcji było ciągłe monitorowanie parametrów życiowych naszych pacjentów, m.in. temperatura, saturacja, ciśnienie itp. Po

Afryka 2017

zakończonym badaniu, zwierzęta umieszczane były w specjalnych klatkach, gdzie po podaniu leku wybudzającego były rozintubowywane. Po pełnym wybudzeniu i odzyskaniu świadomości, z ogromną przyjemnością wypuszczaliśmy naszych pacjentów na wolność. Większość z nich nie oglądała się za siebie i czym prędzej gnała w stronę buszu. Nigdy nie sądziłam, że uda mi się tyle nauczyć w ciągu jednego tylko tygodnia. Możliwość pracy z tak znakomitymi specjalistami, to ogromny zaszczyt i przywilej. Bałam się, że jako studentka będę jedynie stać z boku i obserwować. No, może ewentualnie podawać narzędzia i robić notatki. Okazało się jednak, że wszyscy traktowali mnie na równi z sobą i pozwalali asystować przy każdej czynności. Intubacja, pobieranie krwi, cewnikowanie, pobieranie wycinków podczas gastroskopii, wykonywanie badania USG. Nawet nie wiem jak opisać stan euforii w jakim się tam znajdowałam.

Po wspaniałych 9-ciu dniach w Namibii, poleciałam do rezerwatu Shamwari w RPA, gdzie przez miesiąc miałam pracować z poznanymi rok wcześniej ludźmi. Myślałam, że po poprzednim tygodniu, nic mnie już nie zaskoczy. Okazało się, że byłam w błędzie. Zacznijmy od tego, że moja rola w porównaniu z tym co było rok wcześniej, nieco się zmieniła. Poprzednio byłam częścią grupy studentów, a teraz „awansowałam” na asystentkę Johana i co śmieszniejsze, razem z nim prowadziłam zajęcia dla tegorocznych grup przyszłych lekarzy weterynarii. Kolejnym moim obowiązkiem, była opieka nad 4-ro miesięczną słonicą o imieniu Amarą, która została porzucona przez swoje stado. Opieka nad takim „maluchem” to trudne zadanie, przede wszystkim ze względu na ilość uwagi jakiej potrzebuje słoniowe dziecko. Karmienie co dwie godziny, spacery, kąpiele w piasku, zabawa oraz wspólne drzemanie. Na szczęście pracowaliśmy w cztery osoby, w trybie zmianowym, dzięki czemu miałam czas na robienie bardziej weterynaryjnych rzeczy. Ważnym zadaniem każdego lekarza weterynarii jest przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych. W RPA jednymi z najgroźniejszych są: gruźlica, pryszczyca, bruceloza i thelierioza. Wszystkie cztery, przenoszone są przez najdroższe afrykańskie zwierzęta, czyli bawoły.  Naszym zadaniem, było przebadanie kilkudziesięciu zwierząt w kierunku wyżej wymienionych wyżej chorób. Oczywiście aby to zrobić, w pierwszej kolejności musieliśmy znieczulić danego osobnika. Następnie pobieraliśmy krew z żyły szyjnej zewnętrznej lub z ucha i umieszczaliśmy podskórny mikrochip (taki jak u naszych domowych zwierząt).

Rezerwat Shamwari zajmuje powierzchnię ponad 25 tys. ha. Ten ogromny teren jest w całości ogrodzony, co oznacza że zwierzęta nie mogą się swobodnie po nim poruszać, jednak nie są w stanie migrować na ogromne odległości, tak jak kiedyś. Z tego powodu, populacja zarówno roślinożerców jak i drapieżników musi być nieustannie kontrolowana. Przez konieczność utrzymania równowagi na terenie rezerwatu, raz na jakiś czas część zwierząt konkretnego gatunku musi zostać złapana, a następnie przewieziona do innej jego części lub sprzedana w inne miejsce. Duże grupy zwierząt, np. impale, zebry czy bawolce, zaganialiśmy do ciężarówki przy użyciu helikoptera i specjalnie skonstruowanej pułapki. Doświadczony pilot, zaganiał zwierzęta niczym pies pasterski w stronę rozwieszonych czarnych płacht, zawieszonych na drutach w kształcie litery „V”, na końcu której czekała na nie ciężarówka. Na całej długości pułapki ustawieni byli ludzie, którzy po przebiegnięciu zwierząt, zamykali poprzeczną kurtynę, odcinając tym samym drogę ucieczki. Gdy wszystkie zwierzęta były już w ciężarówce, wdrapywaliśmy się na jej dach, by przy użyciu specjalnej tyczki zakończonej igłą, podać domięśniowo haloperidol. Dzięki temu istniało mniejsze ryzyko paniki i ewentualnych zranień na skutek agresji. W przypadku pojedynczych osobników, znieczulaliśmy je przy pomocy broni Palmera (z helikoptera lub samochodu) i następnie na noszach umieszczaliśmy je w ciężarówce. Niestety, zwierzęta są nieprzewidywalne i każde inaczej reaguje na znieczulenie. Jeden z samców koba śniadego, po wbiciu się strzałki z lekami, wpadł w panikę i zaczął bez opamiętania biec przed siebie, wpadając po drodze na przeszkody. Zranił sobie nos na tyle mocno, że po zaśnięciu musieliśmy przeprowadzić zabieg plastyki nosa. Nie było mowy o przeniesieniu byka na salę operacyjną. W ciężarówce, przy maksymalnie możliwym zachowaniu sterylności, dr Johan zszył nos i podał antybiotyk oraz lek przeciwbólowy.

Zdecydowana większość aktywności dotyczyła pracy z dzikimi zwierzętami, ale to nie jedyni moi pacjenci. Dwukrotnie brałam udział w zorganizowaniu darmowej lecznicy dla psów i kotów, należących do mieszkańców okolicznych wiosek. Każdy przyprowadzony pupil został za darmo zaszczepiony na wściekliznę, odrobaczony, zabezpieczony przeciwko ektopasożytom oraz otrzymał kilogram karmy. Ponadto w razie konieczności wykonywaliśmy zabiegi takie jak obcinanie pazurów, opracowanie ran, podanie doraźnych leków. Smutną częścią tych akcji było usypianie chorych lub niechcianych zwierząt. Często ich stan był na tyle poważny, że jedyne co mogliśmy zrobić, to ulżyć im w cierpieniu i pozwolić odejść w spokoju.

btyNa zakończenie chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do spełnienia mojego marzenia. A że jedno marzenie rodzi kolejne, już za rok wracam do rezerwatu Shamwari! Tym razem jednak nie w pojedynkę. Dołączy do mnie 9-ciu studentów naszego wydziału, którzy będą mogli na własnej skórze przekonać się jak wygląda praca lekarza dzikich afrykańskich zwierząt! 😊 Jeżeli ktoś z Was, również chciałby pojechać do miejsca takiego jak rezerwat Shawamwari, wystarczy poszukać w internecie a następnie wysłać kilka maili.  Zwracajcie proszę uwagę na aktywności proponowane w ofertach. Jeśli obiecują Wam bezpośredni kontakt z dzikimi zwierzętami, możliwość głaskania ich itp, dokładnie sprawdźcie czy dana placówka nie zajmuje się przypadkiem hodowlą zwierząt dla celów turystycznych. Niestety zdarza się to coraz częściej, szczególnie w RPA.

Gdy już uda Wam się dostać na taki  kurs, zacznie się najtrudniejsza część – szukanie funduszy. Ale możliwości jest naprawdę dużo! Dofinansowania, sponsorzy, stypendia, konkursy, crowdfunding… Nie jest to łatwe zadanie, ale opłaca się poświęcić trochę czasu.

 W razie pytań, zapraszam Was na mój fanpage – www.facebook.pl/vetaway oraz bloga www.vetaway.wordpress.com

 

Filmik – https://www.youtube.com/watch?v=kU1Nj4BGtAM&t=2s

Kasia Kołodziejczyk


Brak komentarza

Brak komentarza.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.

Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych