photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10

Belgia

poniedziałek 31.10.2016

Innowacyjność a praktyka hodowlana

 

 

      Praktyki hodowlane odbyłam w belgijskiej stajni koni sportowych Zangersheide w Lanaken. Została ona założona przez Leona Melchiora, który bardzo nowatorsko podchodził do kwestii hoRatina 2dowli koni. Jako jedna z pierwszych hodowli wykorzystywała w szerokim stopniu embriotrasfer. Hodowano konie posiadające bardzo wysoki inbred (nawet kolidowanie rodzeństwa) a obecnie wykorzystuje się nawet klony do hodowli. Wszystkie te zabiegi mają tylko jeden cel. Wyhodować jak najlepszego konia sportowego (głównie hodowla jest nastawiona na konie skokowe). Dało to początek rasie koni Zangersheide, która oficjalnie powstała w 1992r. Księga na początku miała charakter zamknięty jednak obecnie zmieniła ona formę na otwartą przez co nie można określić charakterystycznego typu konia rasy Zangersheide. Warty uwagi jest fakt, że także Polska ma swój wkład w tworzenie tej księgi stadnej. Głównym filarem tej rasy jest ogier „Ramiro Z” i klacz „Ratina Z”, które są potomkami ogiera  półkrwi angloarabskiej hodowli SK Wojcieszków – Ramzesa. Ten najsławniejszy koń rasy małopolskej został wywieziony z polski w wieku 7 lat i niestety nie został wykorzystany do budowy polskiej hodowli.

Podczas praktyk miałam możliwość pracowania z takimi końmi jak świetnie zapowiadające się młode konie: „Dominator Z ”(„Diamant de semilly” sf x ”Cassini I” hol); ”COMILFO PLUS Z” („COMME IL FAUT” westf. x „BALOU DU ROUET” old.); startujący już w najwyższych konkursach „As cold as ice Z” („Arctos Z” x Carthago” hol); czy klony legendarnych koni sportowych takich jak: „Air Jordan &Z”; „Chelano &Z” oraz klonami „Ratinay Z” („Ramiro Z” x „Alme Z”) okrzykniętej klaczą stulecia.  Ze względu na prawo nie można klonować koni (i nie tylko) na terenie Europy. Klonowanie ma miejsce w Meksyku, gdzie nie ma zakazu tworzenia embrionu, na podstawie materiału genetycznego z fragmentu skóry dawczyni. Embrion ten trafia do wcześniej odpowiednio przygotowanej mamki, która następnie, transportem lotniczym, trafia do Europy. Klony w swych nazwach mają odpowiednie litery greckie przed charakterystyczną dla rasy literą „Z” (α- pierwszy klon, β- drugi klon itd.).

 W stajni Zangerscheide, oprócz podziwiania sławnych koni, można także podpatrywać treningi jednych z najlepszych jeźdźców na świecie takich jak Judy Ann Melchior czy Christian Ahlman (obecnie nr 1 według rankingu Rolexsa) oraz spotkać się twarzą w twarz z innymi wybitnymi jeźdźcami (np. moim osobistym idolem Marcusem Ehningiem.)

Jak udało mi się zorganizować praktyki hodowlane w Lanaken:

W sumie… to przez upór i  przypadek. Od paru lat chciałam odwiedzić stajnie Zangerscheide (Mam konia tej rasy, zawsze byłam ciekawa jak wygląda ta renomowana stajnia). Na początku napisałam do stajni czy jest możliwość odbywania praktyk . Niestety odpowiedzi się nie doczekałam. Znalazłam jednak ogłoszenie pracy. Nie zastanawiając się zbyt długo wysłałam CV. Udało się. Zostałam zatrudniona w stajni koni sportowych. Na miejscu uzgodniłam, możliwość odbywania praktyk równocześnie z pracą. Pracę zaczynaliśmy o ósmej a kończyliśmy około siedemnastej w międzyczasie była przerwa obiadowa. Nie ukrywam, że praca była ciężka jednak dająca dużo satysfakcji. Jeśli ktoś będzie zainteresowany odbyciem tam praktyk to zapraszam! Rozmawiałam z osobami na miejscu i jeśli będą mieli miejsce w mieszkaniu to chętnie przyjmą osoby z SGGW.

Jak się dostać na miejsce:

 Ja dojechałam najpierw autobusem do niemieckiego miasta- Aachen (inaczej Akwizgran). Stamtąd osoba, która się mną opiekowała odebrała mnie samochodem i przejeżdżając przez Holandię dojechaliśmy do Lanaken. Do Belgii można się dostać oczywiście samolotem jednak osobiście wybrałam 24-godzinną podroż autokarem ze względu na sporą ilość bagaży. 

Warunki na miejscu:

Posiłek w miłym towarzystwie

Stajnia z jednej strony graniczy z lasem z drugiej natomiast z pięknym osiedlem willi. Każdy dom i ogród to dzieło sztuki. Drzewa przycięte w stożki, kwadraty czy inne figury … miejsce bajka.

Warunki mieszkaniowe są bardzo dobre. Mieszkałam w mieszkaniu na terenie stajni z dwoma współlokatorami. Każdy miał osobny pokój. Mieliśmy do dyspozycji dwie ładne, odnowione łazienki i dwie kuchnie. Jedna z kuchni była wbudowana w wyspę dzięki czemu podczas gotowania (i jedzenia) przez duże okna można było obserwować pasące się konie lub treningi na placu skokowym.

Obsługa stajni jest międzynarodowa. Patrząc na całą Belgię, która w zasadzie nie porozumiewa się w jednym języku można tam jechać ze znajomością języka niemieckiego, francuskiego czy angielskiego i nie będzie problemu z porozumiewaniem się (de facto Lanaken leży w regionie flamandzkim).

Jaką wiedzę można zdobyć podczas praktyk:

Jeśli chodzi o praktyki hodowlane to polecam się wybrać zaraz po ostatnim egzaminie ze względu na sezon rozpłodowy koni, który w lato właściwie się kończy. Jednak po skończeniu sesji jest to idealny moment na podpatrzenie inseminacji czy pobierania nasienia ponieważ pracownicy nie mają aż takiego natłoku zajęć i są skłonni nam wszystko na spokojnie wytłumaczyć nie martwiąc się, że ich praca nie zostanie wykonana. Jednocześnie jest to na tyle duża i renomowana stajnia, że nawet pod koniec sezonu dzieje się jeszcze sporo rzeczy.

Bieżnia dla koni sportowych

Podczas pobytu w stajni sportowej można się nauczyć bardzo dużo praktycznych rzeczy związanych z treningiem koni sportowych oraz podejrzeć całą ścieżkę jaką przechodzi koń sportowy. Począwszy od sposobu doboru materiału genetycznego poprzez odchów źrebiąt, wdrażanie ich do sportu (odsadki opuszczają Lanaken –  jadą na łąki do Holandii wracając dopiero w wieku 3 lat) a na treningu koni startujących na najwyższym międzynarodowym poziomie kończąc.

Na praktykach miałam możliwość obserwowania i zapoznawania się z indywidualnym planem treningowym układanym w zależności od stopnia wyszkolenia, wieku i stanu zdrowia konia. W stajni pracuje trójka jeźdźców, każdy z nich jeździ w przybliżeniu na dziesięciu koniach dziennie. Każdy koń przed południem i po południu musi wyjść z boksu. Do wyboru są: trening ujeżdżeniowy, trening skokowy, trening na lonży, wyjście na padok, karuzelę, bieżnię lub wyjście na pastwisko. Na wyposażeniu stajni były karuzele, ale co było dla mnie dziwne wcale nie boksowe tylko przypominające bardziej kierat. Były także solaria dla koni i parę bieżni (również specjalna dla źrebaków).

Karuzela dla koni

Podczas odbywania praktyk zapoznałam się z przebiegiem procesu pobierania nasienia. Następowało to w specjalnie przygotowanym wysokim pomieszczeniu, gdzie znajdował się specjalnie ogrodzony i zabezpieczony boks dla klaczy oraz fantom. Po lewej stronie od wejścia znajdował się boks z klaczą odgrodzony dodatkowo murkiem obłożonym ochronną gumą. Oprócz tego kontakt z klaczą był ograniczony przez metalową kurtynę, którą podnoszono w zależności od potrzeby. Na środku pomieszczenia stał fantom. Posadzka w całym pomieszczeniu była pokryta antypoślizgową gumą. Ogiery posiadały ochraniacze transportowe na nogach w celu zapobiegania obtarciom i urazom kończyn. Po skoku ogiera na fantom ejakulat trafia do laboratorium gdzie każdy koń ma swoją kartotekę. W dokumentach znajdują się takie informacje jak ilość oddanego ejakulatu, średnia ilość plemników o poprawnym ruchu (wyliczana przez komputer) a także liczba skoków podczas całego sezonu rozpłodowego. Dzięki temu można kontrolować jakość nasienia. Ejakulat jest badany pod mikroskopem ze specjalnym oprogramowaniem, które pomaga w określeniu trajektorii plemników poprzez oznaczenie go odpowiednim kolorem. Kolor zielony oznacza plemnik o poprawnym, prostym torze ruchu. Kolor czerwony oznacza plemnik nieruchliwy natomiast kolor żółty oznacza nieprawidłowy ruch plemnika np. po okręgu. Plemniki zaznaczone na żółto i czerwono nie będą uczestniczyć w procesie zapłodnienia komórki jajowej. Nasienie odwirowane, rozrzedzone i poporcjowane zostaje wysłane do odbiorców. Różne ogiery mają różną jakość nasienia i można wykonać z nich różną ilość porcji dla klaczy. Tego samego dnia nasienie zostaje wysłane.

Oprócz nasienia świeżego stajnia Zangersheide oferuje nasienie w formie mrożonej w ciekłym azocie, które dzięki poprawnemu przechowywaniu w odpowiednich kontenerach może być przechowywane przez nieograniczony czas. Proces polega na wstrzyknięciu do specjalnych rureczek odpowiedniej ilości nasienia przez maszynę a następnie umieszczeniu ich w specjalnej komorze gdzie następuje ich schłodzenie ciekłym azotem.  Podczas odbywania praktyk dowiedziałam się także o możliwości seksowania nasienia (nie odbywa się to w stajni Zangersheide). Proces polega na eliminowaniu, rozdzieleniu (przez odpowiednie maszyny) plemników posiadających chromosom Y od tych, które tego chromosomu nie posiadają. Jednak jest ono dużo droższe a porcja nasienia jest mniejsza (nawet względem nasienia mrożonego) dlatego hodowcy koni bardzo rzadko decydują się na ten rodzaj nasienia (bardziej popularne jest w przypadku hodowli krów mlecznych).

Stajnia

Stajnia hodowlana

 Boksy dla klaczy w stajni hodowlanej

Boksy dla klaczy w stajni hodowlanej

Na  tym samym terenie znajduje się także nowo wybudowana stajnia hodowlana. Weterynarz ma do dyspozycji jednocześnie pięć stanowisk do inseminacji. Warto z nim porozmawiać o zabiegach przygotowujących tzw. klacze podejrzane (czyli klacze, które mają np. problem z chronicznie pojawianiem się płynu w macicy podczas rui) bo można się dowiedzieć o dość racjonalizatorskich sposobach. Warto także podpatrywać obsługę, która ma przetestowane patenty związane z utrzymaniem koni w jak najlepszym zdrowiu i wyglądzie (sposobów tych nie znajdziemy w żadnej książce o tematyce jeździeckiej).

Wyżywienie:

jedzenieWyżywienie podczas praktyk musimy zorganizować sobie sami. Do najbliższego sklepu raczej nie polecam wybierać się na nogach, ale zawsze można zabrać się z kimś samochodem lub pożyczyć rower. Dla mnie Belgia tak jak nie ma swojego języka tak też nie ma swojej kultury związanej z jedzeniem. Rzeczy, które warto spróbować to: grube frytki z majonezem np. podczas zawodów które odbywają się na terenie Lanaken (w tym okresie dostaniemy żetony, które możemy wymienić na jedzenie), piwo Lambic przypominające trochę w smaku wino (piwo w Belgi ma więcej procent niż w Polsce), gofry belgijskie z nierozpuszczonym cukrem no i oczywiście czekoladę!

Rozrywka:

Założyciel stajni i księgi stadnej Leon Melchior był inicjatorem rozgrywania Mistrzostw Świata Młodych Koni. Zawody te mają na celu wyłonić najlepiej zapowiadające się konie sportowe oraz pomóc w ocenie ogierów potomstwa startującego w zawodach. Dlatego każdego roku we wrześniu odbywają się mistrzostwa świata młodych koni w konkurencji skoków przez przeszkody właśnie na terenie stajni Zangerscheide.  

Konkurs klasyfikacyjny dla młodych koni

Konkurs klasyfikacyjny dla młodych koni

W czerwcu natomiast na terenie stadniny odbywają się   klasyfikacje koni rasy Zangerscheide na Mistrzostwa Świata Młodych Koni, które rozgrywały się w kategoriach: konie 4-letnie, 5-letnie oraz 6-letnie. Oprócz tego podczas Z-festiwalu odbył się przegląd źrebic i źrebaków przy matkach oraz konkurs skoków luzem dla 3-letnich koni. Podczas oceny koni 3-letnich komisja przyznawała punkty od 1 do 10 za: typ, poprawność budowy, galop, siłę podczas oddawania skoku, prace kończyn tylnych, prace kończyn przednich, elastyczność w skoku. Podczas oceny źrebiąt komisja przyznawała punkty kategoriach: poprawność budowy, typ, wrażenie ogólne i linia matki. Zwycięskie źrebaki oprócz gratyfikacji finansowej dla właściciela/hodowcy dostały możliwość wzięcia udziału w corocznej aukcji źrebiąt w Lanaken. W tym roku najdroższy źrebak został zlicytowany za  60.000 € ale co ciekawe podczas tegorocznej aukcji zostały wystawione na sprzedaż dwa embriony: „Dominatora 2000 Z” oraz „Ratiny Z”

Rowerowa wycieczka do Holandii

Rowerowa wycieczka do Holandii

Polecam również wypożyczenie (np. od naszego opiekuna) roweru, aby pozwiedzać okolicę i wybrać się do Maastricht. Jest to najstarsze holenderskie miasteczko oddalone około 30 min drogi rowerem od Lanaken. To właśnie w tym mieście poswatała Unia Europejska! (traktat został podpisany w 1992r przez Radę Europejską) Szlaki rowerowe są płaskie i głównie towarzyszą drogom samochodowych. W samym Maastricht polecam koniecznie obejrzeć Most  Świętego Serwacego (Sint Servaasbrug). Został on wybudowany przez rzymian w I wieku naszej ery jednak. Most zawalił się w XIII  odbudowano go po czym znowu został zrujnowany podczas II wojny światowej i znowu odbudowany. Oprócz mostu warto odwiedzić Entre Deux gdzie mieści się najpiękniejsza na świecie księgarnia. Jest ona usytuowana w dawnym kościele, co jest dość niecodziennym widokiem.  Bruksela nie wywarła na mnie dobrego wrażenie, za  to polecam Antwerpię. Do tego miasta można dostać Koleją belgijską, która dysponuje wygodnymi nowoczesnymi pociągami. Polecam również podróżowanie autobusami. Do autobusów wsiada się tylko przednimi drzwiami gdzie kierowca sprawdza i sprzedaje bilety.

Maastricht

Maastricht i Most Świętego Serwacego

 

Anna Androsiuk


Indonezja

poniedziałek 31.10.2016

Sen na Jawie

 

                Indonezja była moim odwiecznym marzeniem. Gdzieś, kiedyś usłyszałam o kraju tysięcy wysp i zamarzyłam, by tam pojechać. Parę lat później postawiłam nogę na warszawskim Wydziale Medycyny Weterynaryjnej i odnalazłam tam ścieżkę, którą chcę podążać w życiu. Uważam, że najlepszą i najwłaściwszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla nas samych jest robienie tego, co uwielbiamy. Dlatego też postanowiłam połączyć zwiedzanie świata z pracą, która daje mi satysfakcję. Wyruszyłam więc do Dżakarty na praktyki weterynaryjne.

                Jakarta Animal Aid Network (JAAN) jest organizacją zajmującą się tym, czego najbardziej brakuje w opiece nad zwierzętami w Południowej Azji. Czyli wszystkim. W krajach tych stopień zainteresowania tematyką dobrostanu czy nawet zwykłej pomocy zwierzętom jest bardzo niski. Podczas mojego trzytygodniowego pobytu w JAAN zdołałam zapoznać się jedynie z częścią tematów, którymi organizacja się zajmuje. Właścicielki organizacji pochodzą z Holandii i przede wszystkim stamtąd dostają fundusze i leki. Poziom edukacji w zakresie medycyny weterynaryjnej w Indonezji jest bardzo niski dlatego też tamtejsi lekarze weterynarii doszkalają się za granicą oraz na miejscu u holenderskich medyków.

Schronisko i klinika

                To miejsce pod wieloma względami znacznie różni się od europejskich warunków utrzymania zwierząt. Na chwilę obecną znajdują się tam na stałe pięćdziesiąt cztery psy. Wszystkie mieszkają razem! Poza pojedynczymi osobnikami, które ze względu na agresję lub choroby trzymane są w zamkniętych kojcach, cała reszta jest swobodnie puszczona na dużym terenie. Zwierzęta znajdują się pod stałą opieką kilku osób, które również mieszkają na terenie schroniska. Na początku wydawało mi się to niewiarygodne, lecz z każdym kolejnym dniem zaczęłam zauważać, że psy świetnie sobie radzą w takich warunkach. Dzięki nim zwierzęta przystosowane są do życia w grupie oraz z innymi gatunkami. Mają stały dostęp do dużego terenu co pozwala im zachować komfort psychiczny i sprawność fizyczną. Dzięki utrzymaniu na wolnym wybiegu zwierzęta mają również stały kontakt z człowiekiem co sprawia, że nie dziczeją i większość z nich jest zdrowa psychicznie i gotowa do adopcji. W stadzie ustala się hierarchia i zwierzęta same doskonale wiedzą gdzie znajduje się ich miejsce. Zdarzają się oczywiście starcia, jednakże personel szybko na to reaguje, a w razie potrzebnej opieki medycznej pomocą służy lekarz weterynarii, który codziennie spędza tam wiele godzin. Koty trzymane są w osobnym budynku z klatkami. Na terenie schroniska znajduje się zamknięty wybieg treningowy z przeszkodami, w którym odbywa się tresura psów, oraz zamknięta woliera dla małp. JAAN prowadzi program walczący z problemem „tańczących małp” na terenie Indonezji. Zwierzęta te bardzo często są nielegalnie przetrzymywane, przebierane w dziecięce ubranka, uczone jazdy na rowerze i innych sztuczek, które niestety w wielu jeszcze miejscach w tamtym kraju są atrakcją dla mieszkających w nim ludzi. W schronisku znajdują się małpy uratowane z takich miejsc. Chore osobniki na miejscu są leczone, a następnie przewożone do ośrodka, w którym przystosowuje się je do życia na wolności lub pozostawia pod opieką wykwalifikowanej kadry.

1 2

Moim zadaniem przede wszystkim była pomoc lekarzowi weterynarii. W małym pokoiku, który spełniał rolę schroniskowego gabinetu nauczyłam się wielu rzeczy, których nie dałabym rady doświadczyć w bogato wyposażonych i sterylnych europejskich klinikach. Chciałabym tu zaznaczyć jednak, że mimo bardzo podstawowych środków do pracy, pracownicy dbają jak tylko mogą by zachować odpowiednie warunki do wszelkich zabiegów.

 Jednym z najczęstszych środków używanych w gabinecie jest sól fizjologiczna z jodyną. Służy do omywania ran i oczyszczania ropni, które następnie smaruje się kremem z 48% zawartością miodu, a na koniec zabezpiecza sterylną gazą i najczęściej ze względów ekonomicznych dziecięcą pieluchą. Oprócz codziennych zabiegów kosmetycznych uczestniczyłam w zabiegach chirurgicznych. Pomagałam podczas wielu sterylizacji kotów, zajmując się przygotowywaniem pola operacyjnego oraz podawaniem leków domięśniowo i podskórnie. Nauczyłam się też szycia. Asystowałam podczas kastracji małpy – oprócz typowych zadań, konieczna była kontrola oddechu i tempa wybudzania się zwierzęcia. Do momentu wybudzenia się małpy należało co dziesięć minut sprawdzać liczbę oddechów. Prawidłowa liczba nie powinna przekraczać 30, optymalna to około 16-18. W schronisku zajmowałam się również kąpielami medycznymi i kosmetycznymi psów, które odbywały się co tydzień. Tak częsta higiena konieczna jest ze względu na sposób utrzymania zwierząt. W celu zwalczania ogromnej ilości kleszczy stosowany jest szampon z amitrazą. W przypadku tej substancji należało zachować szczególną ostrożność oraz zwrócić uwagę na to, by zwierzęta nie lizały sierści nasączonej szamponem, gdyż jest on wysoce szkodliwy dla nerek i wątroby. Psy z chorobami skórnymi kąpane były środkami z chlorheksydyną i mikonazolem o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwgrzybiczym. Po usunięciu chyba tysiąca kleszczy zostałam specem w tym zadaniu J. Moją rolą była również opieka nad kotami i sprzątanie w ich klatkach, co często było nie lada wyzwaniem. Zwierzęta te nierzadko są dzikie i zupełnie nie przyzwyczajone do człowieka. Do obcowania z niektórymi kotami konieczne było używanie skórzanych rękawic i klatek iniekcyjnych, gdyż zwierzęta szamotały się a ich ucieczka z klatki wiązała się z długimi i często uciążliwymi próbami schwytania skaczącego po całym pomieszczeniu zwierzaka. Podczas ostatniego dnia mojego pobytu w schronisku, do JAAN przyjechał… krokodyl. Ktoś wpadł na pomysł złapania zwierzęcia i trzymania go jako atrakcję dla ludzi. Skończyło się to w momencie, w którym kłusownik doznał uszczerbku na zdrowiu. Problem zgłoszono do JAAN, gdyż organizacja działa również jako tamtejsza „policja dla zwierząt”. Po interwencji odwodnione i wycieńczone zwierzę zostało przewiezione do schroniska.

3 4
5 6

Ośrodek dzikich ptaków na wyspie Kotok

Nieopodal stolicy Indonezji znajduje się archipelag Tysiąca Wysp, będący parkiem narodowym. Na jednej z nich JAAN ma swoją siedzibę i zajmuje się przywracaniem Kanii Bramińskiej oraz Orłów odzyskanych z nielegalnego transportu do naturalnego środowiska. Kania jest symbolem Dżakarty. Gatunek ten należy do rodziny jastrzębiowatych i jest pod ochroną. Mimo, że handel dzikimi zwierzętami jest zabroniony, Indonezja zmaga się z ogromnym problemem nielegalnego połowu. W ośrodku na wyspie znajdują się różnej wielkości woliery, z których każda wyposażona jest w płytkie, kamienne baseny z wodą oraz drewniane belki i gałęzie. Ptaki mogą swobodnie latać w promieniu kilkunastu metrów. Jedna z wolier umieszczona jest w wodzie, nieopodal brzegu. Jest to ostatni etap przystosowania ptaków do życia na wolności. Zwierzęta uczą się tam nurkować i polować, jak w naturalnym środowisku.  Trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie ptaki nadają się do wypuszczenia na wolność ze względu na zbyt duże zżycie z człowiekiem. Te osobniki na zawsze pozostaną w ośrodku.

7 8

Moim zadaniem było codzienne karmienie i obserwacja ptaków. O godzinie 4:30 wybieraliśmy się na przystań by wyłowić ryby, które przez noc wpadły w sieć. Należało dokonać selekcji między gatunkami chronionymi a tymi, które mogły służyć jako pokarm. Następnie w zależności od tego z jak bardzo drapieżnymi ptakami mieliśmy do czynienia wchodziliśmy do woliery, by wypuścić ryby do basenów lub wrzucaliśmy je przez siatkę. Niezmiernie ważnym jest, by czynność tę zakończyć przed wschodem słońca, aby ptaki nie przyzwyczaiły się do tego, że pokarm podawany jest przez człowieka. Mniej więcej od godziny 5:30 zaczynałam obserwację konkretnego osobnika, która polegała na notowaniu jego zachowania w minutowych odstępach. Trwało to jedną do dwóch godzin. Codzienna obserwacja jest niezwykle ważna i ma na celu weryfikację postępów w przystosowaniu zwierzęcia do połowów oraz kontrolę zachowań względem pozostałych osobników tego samego, a także innych gatunków.

W ciągu dnia pracowaliśmy z ptakami, które żyją w ośrodku na stałe. Do moich obowiązków należało regularne sprzątanie wolier, sporządzanie pomiarów wzrostu, wagi oraz obserwacja behawioru w stadzie. Każdy osobnik jest zaczipowany, co umożliwia rozróżnianie zwierząt oraz zbieranie na ich temat skrupulatnych danych. Nauczyłam się również chwytać oraz bezpiecznie unieruchamiać ptaki. Popołudniami zajmowaliśmy się sprzątaniem wyspy. Można by było to nazwać zajęciem, które nie ma końca. Dzień w dzień zbieraliśmy około dziesięciu worków śmieci wyrzucanych przez morze na ląd. Opiekowaliśmy się również miotem kociąt, kąpaliśmy psy, podawaliśmy leki.

  

9

10 11
12 13

 

Nie samą pracą człowiek żyje J

                Mimo tego, że Dżakarta jest przez wielu widziana jako wielkie, brudne, pełne korków i smogu miasto uważam, że w tym miejscu można się naprawdę zakochać. Wystarczy poznać ludzi, którzy potrafią wprowadzić w jego codzienne, niesamowite życie. Pokochać można nawet piekielnie ostre jedzenie, które na początku przyprawia tylko o łzy. Dżakarta przepełniona jest słońcem i uśmiechem najwspanialszych ludzi na świecie. Zachwyca codziennymi targami owoców i ulicznymi knajpkami (choć to słowo nie jest najwłaściwsze by opisać typowy indonezyjski „streetfood”) oraz bogatym, nocnym życiem. Wystarczy nauczyć się jeździć na skuterze, lub złapać tamtejszego „Grab’a”, który jest jednośladowym odpowiednikiem Ubera, by ominąć męczące korki na drodze. W mieście jest wiele atrakcji turystycznych, jednak wbrew pozorom biały człowiek w tamtym miejscu nie jest aż tak częstym widokiem. Gdy już jednak życie w wielkim mieście zacznie męczyć, można polecieć nieziemsko tanimi liniami lotniczymi na którąkolwiek z tysiąca innych wysp tego niesamowitego kraju, jak Bali, Kalimantan, czy nawet do innego miasta na Jawie. Spędziłam w Indonezji prawie dwa miesiące, a mimo tego z niecierpliwością czekam na dzień, w którym wrócę w to miejsce.

Jak to wszystko zorganizować?

                Po tym jak wpadłam na pomysł połączenia praktyk z wakacjami, spędziłam kilka wieczorów na szukaniu na całym świecie organizacji, do których mogłabym pojechać. Wiele z nich oczekuje od wolontariuszy pieniędzy, ale bardzo dużo jest takich, które potrzebują każdych rąk do pomocy i chętnie w zamian za poświęcony czas oferują nocleg, a nawet i wyżywienie. Wysłałam maile do około czterdziestu miejsc. Część nie przyjmowała chętnych do pomocy, część robiła to odpłatnie, niektóre miejsca zatrudniały jedynie doświadczonych lekarzy weterynarii, a kilka z nich z entuzjazmem czekało na przyjazd. W w związku z tym, że Indonezja była moim krajem marzeń, wybrałam JAAN. Pozostało tylko kupić bilety lotnicze. Zaoferowano mi darmowy nocleg, a na miejscu okazało się, że dostawałam również posiłek podczas pracy w schronisku. Zostałam przyjęta z uśmiechem i otwartymi rękami. Pracy w takim miejscu jest bardzo dużo, jednakże doświadczenie jest ogromne, a wspomnienia bezcenne. J

Tekst: Ada Rupińska
Zdjęcia: Kamila Kuśmierek oraz Ada Rupińska


Abu Dhabi Falcon Hospital

poniedziałek 31.10.2016

,,8 weeks internship in Avian Medicine and Surgery in Abu Dhabi Falcon Hospital”

 

            Abu Dhabi Falcon Hospital to największy szpital na Świecie specjalizujący się w leczeniu chorób sokołów. Cieszy się dużą popularnością wśród tamtejszych sokolników, szpital dziennie potrafi przyjąć nawet ponad 150   5. pacjentów, a rekord wykonanych w ciągu jednego dnia endoskopii wynosi 93. Dzieje się tak głównie dzięki głęboko zakorzenionej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich tradycji sokolniczej – układania ptaków drapieżnyh do polowań. Szejkowie do dziś posiadają po kilkadziesiąt sokołów, które przywożą regularnie do szpitala – 2 razy w roku na rutynowy przegląd (check up), oraz gdy zaobserwują u danego osobnika niepokojący uraz czy schorzenie. Dzięki dużej ilości pacjentów oraz państwowym funduszom, ADFH jest wyposażony w profesjonalny sprzęt, pomieszczenia szpitalne oraz własne laboratorium diagnostyczne. Pracujący tam lekarze oraz technicy weterynarii wykazują się ogromną wiedzą i doświadczeniem w dziedzinie medycyny ptasiej.

            Sokolnictwem zajmuję się od 13 roku życia a marzenie o stażu w ADFH towarzyszyło mi od początku studiów. Lekarzem weterynarii chc16.iałam zostać od momentu otrzymania pierwszego mojego ptaka, którym zajmuję się już od 8 lat. Medycyna ptasia oraz sokolnictwo są moją pasją, a szpital, w którym odbywałam staż, łączy doskonale te dwie dziedziny. Miejsce to cieszy się doskonałą opinią także wśród europejskich sokolników. O możliwości uczestniczenia w kursie dla lekarzy weterynarii w Abu Dhabi dowiedziałam się od znajomej w Szwajcarii, gdzie pracowałam układając ptaki drapieżne do pokazów. Dokładne informacje o warunkach praktyk zamieszczone są na stronie internetowej szpitala. Po wypełnieniu formalności oraz dokonaniu opłat, udałam się do Abu Dhabi, gdzie od pierwszych minut pobytu czekała na mnie miła opieka pracowników szpitala. Zakwaterowana zostałam w mieszczących się na terenie tej instytucji domach dla pracowników. Warunki mieszkaniowe były bardzo dobre. Praktykanci otrzymywali codziennie posiłki do pokoju a obsługa była miła. W miejscu, w którym mieszkałam zapewniony był dostęp do mediów oraz internet.

            17.W ramach kursu uczestniczyłam w 16 spotkaniach kameralnych, w czasie których miałam możliwość zapoznania się z teorią dotyczącą chorób ptaków. Dodatkowo moim zadaniem było samodzielne przygotowanie prezentacji bądź eseji na temat zagadnień poruszanych na zajęciach. Prace te były oceniane przez lekarzy weterynarii specjalizujących się w chorobach ptaków drapieżnych. Posiadając przygotowanie teoretyczne mogłam brać udział w części praktycznej kursu. Umożliwiono mi nauczenie się między innymi takich czynności jak pobieranie krwi ptakom oraz przeprowadzanie operacji tkanek miękkich. Dzięki zdobytym umiejętnościom, samodzielnie wykonywałam zadania takie jak: badania ogólne ptaków, pobieranie krwi sokołów oraz innych próbek do badań, podawanie kroplówek, wlewy dożylne, zdjęcia RTG. Podawałam ptakom lekarstwa, bandażowałam kończyny, korygowałam dzioby oraz szpony. Dodatkowo ważną umiejętnością, jaką 4.nabyłam jest sztukowanie – naprawa piór ptaków drapieżnych. Codziennie asystowałam przy znieczuleniu ptaków oraz operacjach chirurgicznych i endoskopiach. Kurs był zakończony egzaminem, na którym sprawdzona została moja wiedza teoretyczna oraz umiejętności praktyczne. Aby zdać egzamin musiałam samodzielnie zbadać sokoła, zrobić zdjęcie RTG, przeprowadzić endoskopię worków powietrznych, a następnie ocenić wyniki badań, postawić diagnozę, zaprezentować proponowany plan leczenia oraz przedstawić rokowania.

Uzyskując pozytywny wynik egzaminu otrzymałam certyfikat świadczący o zdobytej przeze mnie wiedzy oraz umiejętnościach.

W mojej ocenie kurs ten doskonale przygotowuje do pracy z ptakami drapieżnymi, daje możliwości opanowania umiejętności praktycznych niezbędnych do leczenia ptaków, a także znacząco poszerza wiedzę kursanta na temat chorób ptaków. Atmosfera w szpitalu jest bardzo miła, obsługa wymagających klientów na najwyższym poziomie a podejście do kursanta bardzo rzetelne.

Z czystym sumieniem polecam te praktyki osobom chcącym specjalizować się w chorobach ptaków drapieżnych.

 

Miejsca, które moim zdaniem warto odwiedzić w Abu Dhabi:

  1. Sheikh Zayed Grand Mosque
  2. Corniche Beach
  3. Herrtage Village
  4. Yas Island – Yaswaterworld & Ferrari World

Galeria

Renáta Tobolová


„FUNNY” MARSH FARM 2016

poniedziałek 31.10.2016

Yorkshire Dairy Goat / Far Marsh Farm , Wielka Brytania

kierunek produkcji: kozy mleczne

IMG_1895

Moje 2 tygodnie praktyk hodowlanych było tylko częścią dwuletniej przygody z gospodarstwem Far Marsh Farm. Przez ostanie dwa sezony wakacyjne pracowałam w tym gospodarstwie w przerwie między kolejnymi latami studiów na weterynarii. Praca ze zwierzętami gospodarskimi od początku mnie fascynowała, ale nigdy bym nie pomyślała, że to właśnie praca z kozami da mi taką satysfakcję i pomoże lepiej zrozumieć hodowlę w nowoczesnym gospodarstwie produkcyjnym.

Far away…

Far Marsh Farm to gospodarstwo znajdujące się we wschodnim Yorkshire w Wielkiej Brytanii, nieopodal rzeki Humber. Kod pocztowy dzieli z miejscowością Ottringham, jednak lokalizację lepiej określają słowa „po  środku niczego”.  Jednak nam studentom żadne warunki nie są straszne, dlatego dosłowne wywiezie w pole nie powinno nikogo zniechęcić. Firma zadbała o moje zakwaterowanie, a na zakupy spożywcze jeździłam z innymi pracownikami. Gdy przyzwyczaiłam się do ruchu lewostronnego sama jeździłam samochodem, dlatego jak widać opcji jest wiele. Plusem jest to, że mleka zawsze jest pod dostatkiem!

 

Gospodarstwo Farm Marsh Farm to jedno z dwóch gospodarstw zajmujących się produkcją mleka koziego, które widnieje pod firmową nazwą Yorkshire Dairy Goat. Oba gospodarstwa generują rocznie 10 milionów litrów mleka co sprawia, że Yorkshire Dairy Goat jest największym dostawcą mleka koziego w Anglii. W Far Marsh Farm jest utrzymywanych 5 tysięcy kóz ogółem (dojonych jest około 3, 7 tysięcy, około 1 tysiąc młodzieży w różnym wieku, oaz 35 kozłów). Zwierzęta produkują średnio 3,7 l mleka/dzień/kozę do około średniej 4,5 l mleka/dzień/kozę (jednak dosyć często zdarzają się rekordzistki produkujące ponad 12 l mleka/dzień!). Mleko magazynowane jest w dwóch cysternach (20 i 30 tys litrów pojemności), które są opróżniane przez mleczarnię co drugi dzień.

Przechowywane mleko musi pozostać w temperaturze poniżej 5 OC, cysterny są automatycznie myte po opróżnieniu, mleko musi spełniać odpowiednie standardy np.;

⇒TVC ( Total diable Mount) oznaczające liczbę bakterii zdolnych do wytworzenia kolonii, nie może przekroczyć wartości 100 tys. cFu (jednostki tworzące kolonie). Dodatkowa premia pieniężna jest doliczana jeżeli TVC nie przekroczy wartości 25 tys. Trzeba przyznać, że często tak było! Wystarczy mleko jednej wydojonej kozy, która ma mastitis i TVC leci do góry, bo liczba bakterii bardzo rośnie. Inne czynniki wpływające na wysoką wartość TVC: nieodpowiednia higiena doju, brudne wyposażenie, błędy podczas automatycznego płukania systemu doprowadzającego mleko do cysterny.

⇒Liczba komórek somatycznych, próg dla tej wartości w przypadku mleka koziego jest wysoki ( w porównaniu do progu dla mleka krowiego). U mleku kozim znajdują się średnio 2 miliony komórek somatycznych, a wartość ta może sięgać 25 milionów (to już są bardzo ciężkie przypadki zapalenia gruczołu mlekowego), liczby zwiększają się wraz z wydłużaniem laktacji. W przypadku mleka krowiego wartość komórek somatycznych nie powinna przekraczać 300 tys.

Nasze kozy to mieszanki genetyczne trzech ras: koza saaneńska (biała), koza alpejska (czarna), koza toggenburska (brązowa).

Do moich obowiązków należało między innymi: dojenie, opieka nad porodówką, zajmowanie się koźlętami, porządkowanie bazy danych, korekcja racic, sprzątanie, szorowanie i pucowanie każdej powierzchni użytkowej.

 

Dojenie.

Dojarnia karuzelowa na 84 stanowiskaJedno z najważniejszych i najbardziej pracochłonnych zajęć w gospodarstwie mlecznym. Dojone stado było podzielone na 6 grup, czas przeznaczony na dojenie to godzina na jedną grupę. Dojarnia karuzelowa firmy Fulwood specjalnie dostosowana do dojenia kóz (mniejsze stanowiska, dwa kubki udojowe) składała się z  84 stanowisk. Całość połączona z oprogramowaniem o nazwie Crystal. Szybkość dojenia to średnio 600-700 kóz/godz. W zależności od stadium laktacji każda grupa była dojona 2 lub 3 razy na dobę (Dwa razy były dojone kozy w późniejszej fazie, a 3 razy kozy we wczesnej fazie laktacji). Dojenie rozpoczynało się od włączenia dojarni, opuszczenia kubków udojowych, sprawdzenia podłączenia do cysterny. UdojNastępnie należało przyprowadzić pierwszą grupę. Dojenia były rozpisane na konkretne osoby i za każde dojenie był odpowiedzialny jeden dojarz. Podczas dojenia porannego/popołudniowego często była przydzielona dodatkowa osoba do sprzątania dojarni. Dojarnia stała wyłączona tylko przez 3 godziny na dobę, więc większość prac higienicznych i naprawczych musiało być przeprowadzonych albo w tych krótkich przerwach albo podczas dojenia. Kozy były zachęcane do wchodzenia na stanowiska poprzez automatycznie napełniane koryta na dojarni. Z jednej dużej zagrody zakończonej bramą elektryczną (którą dojarz mógł użyć do zapędzania stada) zwierzęta wchodziły po stopniach przez 3 bramki separacyjne na dojarnię. Najważniejszą zasadą podczas dojenia było nie dojenie kóz z mastitis. Kozy, u których wykryto zapalenie w jednej połówek wymienia były oznaczone. Zamalowana na czerwono prawa noga oznaczała mastitis w prawej połówce, a lewa w lewej połówce. Inne kolory były używane do oznaczania mechanicznych obrażeń wymienia. W ten sposób dojarz wiedział, że nie może nałożyć kubka udojowego na jeden ze strzyków, lub należy zdezynfekować ranę. Kolejki jak w PRLuDo obowiązków dojarza należało również wypatrywanie nowych kóz z objawami mastitis: „zagrzane” wymię, wysięk ze strzyku, twardy gruczoł mlekowy, wyjątkowa wrażliwość na dotyk często oznaczająca bolesność, rozwarstwiające się mleko. W przypadku podejrzenia podklinicznego stanu zapalnego używaliśmy aparatu Dramińskiego, który mierzył oporność elektryczną mleka. Pomiar należało przeprowadzić przed podłączeniem kozy do dojenia. Pierwsze strugi mleka zdajaliśmy do wiaderka, następnie należało wypełnić kubek aparatu z czujnikiem i odczytać wynik.  Zasada działania tego urządzenia opiera się na wzroście zawartości soli w mleku w przypadku podklinicznego mastitis. Gdy rośnie zawartość soli, wówczas oporność jest wyższa i liczba na wyświetlaczu rośnie. Ponieważ prawidłowe wartości różnią się osobniczo, należy przeprowadzić test z dwóch połówek dwukrotnie. Jeżeli różnica pomiędzy odczytami z obu połówek wynosi więcej niż 30 jednostek, połówkę z wyższą wartością oznaczało się na kolor czerwony oraz należało spisać numer tej kozy. Całe gospodarstwo było pod kontrolą oprogramowania hodowlanego, każda koza miała kolczyk z indywidualnym numerem oraz drugi kolczyk z chipem elektronicznym poprzez który była ona rozpoznawana na dojarni i stacjach żywieniowych. Każde zwierzę miało swoją kartotekę, można było sprawdzić wiek, wydajność, przebyte choroby, fazę laktacji i wiele innych rzeczy. W urządzeniu do dojenia były wbudowane czujniki zbierające informacje o mleku. Jednym z najważniejszych parametrów w walce z mastitis była przewodność elektryczna mleka. Za pomocą komputera można było odnaleźć kozy, u których przewodność była niska. Gdy komputer na dojarni odczytywał numer kozy, która ma być przetestowana przez dojarza, wyświetlał informację na odpowiednim stanowisku. W ten sposób wykrywalność wczesnego, podklinicznego mastitis była bardzo duża. W porównaniu do krów mlecznych u których zapalenia gruczołu mlekowego jest bardzo dużym problemem, kozy wypadają nadzwyczaj dobrze. Występowanie mastitis w stadzie to tylko 10% dojonych kóz.

Opieka nad porodówką.

Porodówka była wydzieloną częścią zagrody, w której przyszłe matki były podzielone na grupy w zależności od przewidzianego (podczas wcześniejszego skanowania) terminu wykocenia. Zagrody z matkami należało sprawdzać od kilku do kilkunastu razy dziennie. Było to szczególnie ważne, ponieważ w ten sposób można było z większym prawdopodobieństwem określić które koźlę należy do której matki. Gdy widziałam nowonarodzone koźlę przy matce oznaczałam młode i matkę tym samym symbolem i kolorem sprayu. Zwykle rodziły się dwojaczki, ale równie często były jedynaki, do rzadkości nie należały też trojaczki.  Oznaczone koźlęta zabierało się z kojca, należało po kolei wyłapać wszystkie matki, odczytać numery z kolczyków i zamknąć je do osobnego boksu. Od jednej z matek u której widać, że poród był niedawno zdajaliśmy siarę.  Następnie zapisywaliśmy wszystkie numery w książce z porodówki, obok umieszczaliśmy informację o potomstwie. Jeśli urodziła się kózka to należało założyć jej kolczyk, wpisać numer kolczyka obok numeru matki, zdezynfekować pępowinę i podać siarę (około 250 ml za pomocą strzykawki i sondy żołądkowej). Jeżeli urodził się koziołek należało go uśpić za pomocą dwutlenku węgla, taki sam los czekał kózki, które urodziły się słabe, chore lub za małe. Zakolczykowane kózki trafiały do zagrody z noworodkami w osobnej hali, matki natomiast przeprowadzało się do osobnej grupy dojeniowej (Tapes), gdzie były dojone poza cysternę dwa razy dziennie przez okres około 4 dni (czyli przez czas odpowiadający sekrecji siary przez gruczoł mlekowy). W tym czasie należało testować siarę i jeżeli koza zaczynała produkować mleko była przenoszona do podstawowej grupy dojeniowej na czas trwania laktacji. Jedną z najbardziej niesamowitych rzeczy jakich się tutaj dowiedziałam było to, że jedna laktacja może trwać u kozy aż 5 lat! Ponieważ gospodarstwo jest nowe (powstało zaledwie 5 lat temu) w tej chwili są dojone kozy które w dalszym ciągu są w swojej pierwszej laktacji. Zwykle laktacja trwa 18 miesięcy (co daje 540 dni laktacji, w porównaniu z 300 dniami u krowy), ale w przypadku wysokich wydajności które utrzymują się na stałym poziomie laktacja jest wydłużana (a właściwie nie jest skracana). Większym stresem dla tego zwierzęcia jest okres zasuszania, zajścia w ciążę i poród niż długa laktacja.  Podczas opieki nad porodówką miałam szansę sama odebrać kilkanaście porodów (zwykle koźlęta były splątane w środku). Absolutnie niesamowite wrażenie! Niestety zdarzały się przypadki obumarłych koźląt i wtedy często musiałam wyciągać fragmenty płodów. Jeśli chodzi o komplikacje poporodowe, to sporadycznie dochodziło do uszkodzenia miednicy. Koza nie mogła wstać po porodzie. Wówczas dostawała antybiotyk i środki przeciwbólowe. Jeśli pomogły to po 2-3 dniach zwierzę wstawało na nogi, jeśli nie to należało skrócić jej cierpienia.

Zasuszanie kóz.

Okres zasuszania trwał od 30 do 60 dni. Kozy były utrzymywane w osobnej grupie, miały zredukowane jedzenie (dostawały tylko siano, sianokiszonkę i wodę). Nie stosowaliśmy dostrzykowych antybiotyków oraz nie ograniczaliśmy dostępu do wody (jak to się czyni w przypadku krów mlecznych). Kozy były okazjonalnie dojone, aby opróżnić wymię i nie doprowadzić do zapalenia wymienia. W przypadku wysokich wydajność zasuszanie niejednokrotnie nie było możliwie i koza była dojona aż do porodu (w przypadku krowy byłoby to niemożliwie!). Przed wejściem w okres zasuszania (w później fazie laktacji) dawka pokarmowa była zmniejszana, aby nie doprowadzić do odkładania się tłuszczu co mogłoby spowodować problemy podczas porodu oraz zaburzenia płodności.

Zagroda z koźlętami.

Młodzież miała osobny budynek, w którym znajdowały się kozy do momentu zajścia w pierwszą ciążę. Pomieszczenie było wysokie, dobrze doświetlone i wentylowane. Dla najmłodszych były zbudowane wewnętrzne pomieszczenia, aby uchronić je przez wyziębieniem i przeciągami. W kojcach znajdował się podkład wchłaniający wilgoć oraz słoma. W mniejszych kojcach znajdowało się około 18 zwierząt, a w większych około 25. W jednym pomieszczeniu mieliśmy 6 kojców pomiędzy którymi znajdowała się maszyna do mleka w proszku, połączona za pomocą gumowych rurek ze smoczkami w kojcach. Maszyna automatycznie mieszała mleko z wodą tworząc pokarm o odpowiedniej koncentracji i temperaturze. Noworodki były uczone picia ze smoczków przez pierwsze 2-3 dni. W pierwszym tygodniu życia miały już dostęp do świeżej wody, siana i granulatu (była to raczej kwestia zaznajomienia ich z tym pokarmem). KozletaW 3-4 dniu życia miały usuwane zawiązki rogów przez weterynarza. Należało znieczulić gałęzie rogowe (wtórne odgałęzienia nerwu trójdzielnego), następnie za pomocą palnika należało wypalić zawiązek rogu. Ponieważ czaszka koźlęcia jest dużo cieńsza od czaszki cielęcia czynność tą może przeprowadzić tylko weterynarz ( i student weterynarii oczywiście!). Istnieje duże ryzyko przebicia czaszki i uszkodzenia mózgu, a co za tym idzie śmierci zwierzęcia. Miałam okazję usuwać rogi, weterynarz za każdym razem zostawiał dla mnie ostatnie 10 sztuk, a jak miał bardzo dobry humor i czas to nawet więcej. Koźlęta miały serię szczepień np.: lambivac (przeciwko Clostridium tetani i Clostridium pefringens), gudair (na chorobę Johnego, czyli Mycobacterium paratuberculosis), vecoxan (przeciwko kokcydiozie), Nu-Flor (antybiotyk, głównie przeciwko zapaleniu płuc), podawany był również baytril w kozleta2przypadku biegunek.  Między 4 a 6 tygodniem życia mleko było zastępowane dawką pełnoporcjową dla koźląt w skład której wchodziła soja, pszenica, fasola, groszek, jęczmień, kukurydza, melasa. Starsza młodzież dostawała sianokiszonkę. W momencie osiągnięcia wagi 32 kg i dojrzałości płciowej młode kozy były umieszczane w zagrodach razem z kozłem (system haremowy). W odpowiednim czasie przyjeżdżał John Barnes, który zajmuje się na co dzień wykrywaniem ciąży u zwierząt i skanował te grupy. Używał aparatu USG i był na tyle miły, że pozwolił mi przebadać kilkanaście zwierząt i pokazał jak interpretować obraz na monitorze. John zajmuje się skanowaniem od 40 lat i potrafi określić z dokładnością do 2 dni dzień porodu, oraz ilość płodów. Ponad to robił to wszystko z prędkością 200 kóz na godzinę.  Jedyne co mi się udało osiągnąć w tej dziedzinie jak do tej pory, to stwierdzić ciążę (dobre i to na początek!).

 Baza danych.

Fiesta i sjestaJak już wspomniałam całe gospodarstwo jest skomputeryzowane i oparte na programie Crystal. Komputer połączony jest z dojarnią i ze stacjami żywieniowymi, których jest obecnie 5. Oznacza to, że każda grupa dojeniowa ma własną stację żywieniową. Grupa 6 to Tapes (kozy po porodzie). Wszystko jest w pełni zautomatyzowane. Kozy od momentu zajścia w ciążę po raz pierwszy są przyzwyczajane do wyposażenia gospodarstwa. Uczenie ich jak wchodzić na stację lub na dojarnię jest nie lada sztuką i wymaga dużo cierpliwości. Zwierzęta te są jednak bardzo pojętne, dodatkowo pomaga to, że są łakome i szybko orientują się, że na tym strasznym urządzeniu czeka na nich jedzenie. Mój wkład w bazę danych polegał na porządkowaniu danych zebranych w książce z porodówki i książce ze zmarłymi zwierzętami. Wpisywałam do systemu nowe osobniki i usuwałam te, które już nie żyły. Praca w biurze pomogła mi spojrzeć na produkcję z dystansu jaki dają liczby i wykresy.

Korekcja racic.

raciceBardzo ważna czynność, wymagająca dużo doświadczenia i sprawności. Do korekcji racic używaliśmy obrotowego poskromu i nożyc hydraulicznych. Regularne przycinanie rogu podeszwy ograniczało wystąpienie kulawek i innych urazów. Należało jednym płynnym ruchem usunąć róg z jednej części racicy i powtórzyć czynność przy drugiej, nie przekraczając linii białej.

 

Sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie…

To była moja codzienność. Sprzątanie dojarni dawało satysfakcję i było szczególnie ważne w produkcji wysokiej jakości mleka. Miałam okazję jeździć ciężkim sprzętem rolniczym, takim jak JCB i traktory, co ułatwiało niektóre żmudne zajęcia.

 A po pracy:

medykamenty Jamesa HerriotaYorkshire to piękny zakątek Anglii, szczególnie polecam północną część z górami Dale w tle. Moje marzenia o weterynarii były podsycane opowieściami Jamesa Herriota ( a dokładnie weterynarza  Jamesa  Wighta) zawartymi w cyklu książek „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Miałam okazję odwiedzić jego lecznicę w Thirsku, którą przekształcono w muzeum na cześć najbardziej lubianego weterynarza na świecie.  Polecam spacer po okolicznych wzgórzach i „Fish and Chips” w lokalnym pubie.

Kolejnym miejscem wartym polecenia jest York. Piękne, malownicze miasteczko o wspaniale zachowanych zabytkach i największej ilości pubów w Anglii. Mówi się, że w Yorku codziennie przez rok można iść do innego pubu! Osobiście polecam najlepsze drinki w Evil eye, najlepsze pląsanie po parkiecie w Bora Bora, a dla amatorów salsy mam bardzo dobre wieści, bowiem Anglicy uwielbiają salsę i w Yorku jest duża społeczność ukierunkowana na ten taniec.

Weekendowy wypad do Yorku będzie wspaniałym uzupełnieniem pobytu w Anglii!

Mapa_GB

Bardzo trudno jest opisać funkcjonowanie tak dużego gospodarstwa jakim jest Far Marsh Farm, jeszcze trudniej zrozumieć każdy jego aspekt. Jest wiele kwestii, których nie poruszyłam w tym sprawozdaniu, jednak mam nadzieję, że wyczerpałam temat praktyk studenckich. Praca na farmie była niesamowitą przygodą, ale jest to bardzo ciężka praca. Bariera językowa nie ułatwiała sprawy na początku, jednak dzięki temu, że się nie poddałam moje słownictwo znacznie się poszerzyło, zyskałam cenne doświadczenie i znajomości. Weterynarz, który przyjeżdżał do nas, zaoferował mi praktyki u siebie w klinice.

Nice to meet you

Dziękuję i do zobaczenia!

Dorota Dywicka

Zainteresowanych praktykami proszę o kontakt z Dorotą

BB                                   

 

 

 

 

 

 


Operacja Dzika Afryka 2012

niedziela 8.07.2012

Operacja Dzika Afryka, czyli jak zostałam zastępczą mamą małego nosorożca

oooo Wolontariat za każdym razem daje mi szansę na zdobycie nowego doświadczenia i uczynienie przy tym czegoś pożytecznego. To także znakomity sposób, aby poznać prawdziwą cząstkę miejsca, do którego się pojechało. Świat, w jakim się znalazłam, pracując w sierocińcu na Czarnym Lądzie, zatrwożył mnie opłacanym okrucieństwem, które niszczy wszechobecne piękno przyrody. A jednak zakochałam się w Afryce. I to od pierwszego dnia, kiedy zostałam mamą osieroconego nosorożca i opowiedziałam się tym sposobem po stronie dzikich zwierząt w brutalnej wojnie z kłusownikami na życie kontra bogactwo.

ooooAle od początku – moja podróż zaczęła się w Kapsztadzie, jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Poznając jego walory turystyczne, odkryłam też tę ciemną stronę. W pobliskim parku dwa okaleczone nosorożce właśnie przechodziły długą i ciężką rekonwalescencję. Mają szczęście, że w ogóle przeżyły napaść kłusowników, gdyż zazwyczaj kończy się to śmiercią. Ich róg ma obecnie olbrzymią wartość na czarnym rynku, a wszystko to ze względu na stare wierzenia w medycynie chińskiej, iż jakoby ma leczyć nowotwory (co jest oczywiście dalekie od prawdy). Nosorożce mają bardzo twardą i grubą skórę, a rany tych dwóch są bardzo głębokie i ciężko się goją. Zdjęcie przedstawia zwierzęta dwa miesiące po tragedii, więc możecie ocenić sami, jak wielka krzywda została im wyrządzona.

ooooWówczas jeszcze nie wiedziałam, że wkrótce będę miała okazję osobiście pomóc tym cudownym roślinożercom. Kiedy dojeżdżałam do Moholoholo Wildlife Rehab Centre, tuż przed samochodem przebiegł rozbrykany, mały nosorożec, a zaraz za nim zmachana opiekunka. Nie mając pojęcia, co mnie czeka, byłam już pewna, że trafiłam we właściwe miejsce.

ooooMała Danny miała wówczas ledwie miesiąc i była sierotką. Jej biologiczną matkę postrzelili właśnie kłusownicy, więc teraz opiekę przejmowały nad nią zastępcze matki, które zmieniały się co pewien czas. Dzięki temu nosorożec nie przyzwyczajał się za bardzo do konkretnej osoby – w końcu docelowo ma powrócić kiedyś na wolność. Miałam to szczęście być jedną z opiekunek Danny, chociaż wiązało się to z wieloma wyrzeczeniami.

ooooCo drugą noc, na zmianę z inną wolontariuszką, spędzałyśmy z maleństwem. Odłączenie od matki to dla niej duży stres, więc potrzebowała stałej opieki, a także leków profilaktycznych przeciw wrzodom żołądka, które dostawała razem z mlekiem. Przyznaję, że apetyt miała olbrzymi. Karmiłam ją dokładnie co 3 godziny przez całą dobę specjalną mieszanką dla źrebiąt. Trzeba dodać, że nosorożce swą anatomią i fizjologią najbardziej podobne są właśnie do koni.

ooooW ciągu dnia biegałyśmy z Danny za antylopami i zażywałyśmy błotnych kąpieli – mała za nic nie chciała robić tego beze mnie. Uczyłam się rozróżniać dźwięki, jakie wydaje kiedy jest głodna, a jakie, gdy jest podekscytowana. Po paru dniach umiałam już odpowiadać na te chrumkania i prychania w jej języku. W końcu po całym dniu zabawy, pełna nowych wrażeń padała ze zmęczenia, a dla mnie to była ta chwila, kiedy mogłam odpocząć. Mała zawsze kładła swój łepek na moich kolanach szukając bliskości i pochrapywała delikatnie. Kiedy zaszło słońce i zostawałyśmy same, bo wszyscy wolontariusze byli już w swoich pokojach, wtedy wsłuchiwałam się w życie buszu, które nigdy nie cichnie. Nieustające cykanie świerszczy tudzież innych owadów co i rusz przerywało złowieszcze pohukiwanie sowy, wycie hien lub nawoływania lwów. I muszę przyznać, że był to dla mnie najpiękniejszy czas spędzony w Afryce, za którym do dziś bardzo tęsknię.

ooooW ośrodku, w którym pracowałam, przebywała jeszcze jedna samica nosorożca, ale innego gatunku. Moja podopieczna jest nosorożcem białym, podczas gdy dwuletnia Dela to nosorożec czarny. Kiedyś także została osierocona, ale teraz jest już gotowa do wypuszczenia na wolność i czeka na akceptację z parku. Do tego czasu jest ulubienicą wszystkich wolontariuszy, chociaż nieświadoma swojej masy, potrafi niekiedy zrobić krzywdę.

ooooW Afryce bogactwo i różnorodność świata dzikich zwierząt jest ogromne, dlatego również w Moholoholo spotkałam się z wieloma innymi gatunkami. Łączyło ich jedno – przeszłość, w której człowiek brutalnie zabrał im to, co najcenniejsze, czyli wolność.

ooooKiedy pewien rolnik postrzelił lamparcicę, dostrzegł, że z jej sutków kapie mleko. Na szczęście odszukał młode, choć przeżyła tylko jedna. Kocica do końca życia pozostanie w ośrodku, ponieważ wychowana przez ludzi, nie potrafi polować.

ooooJedna z lwic straciła palec zaplątując się w sieci kłusowników. Natychmiastowa pomoc i szybka rehabilitacja pozwoliły na szybki powrót do zdrowia. Niestety, mimo to, stado nie zaakceptowało już lwicy. Również ona resztę swoich dni spędzi na wybiegu.

ooooJak widać, na miejscu spotykaliśmy się z bardzo wieloma różnymi przypadkami, a w pracy wolontariusza żaden dzień nie jest taki sam. Podczas mojego pobytu miałam okazję szczepić gepardy przy użyciu specjalnej broni. Podczas porannych spacerów uczyłam się tropić dzikie zwierzęta, rozpoznawać ich ślady i odchody oraz analizować nawet najdrobniejsze szczegóły w buszu. Miałam także okazję robić sekcję słonia i poznać wnętrze tych osobliwych roślinożerców. Naszymi najczęstszymi pacjentami były antylopy. Pomagałam weterynarzowi w założeniu opatrunku usztywniającego, kiedy młoda samiczka złamała nogę. Zaś innym razem robiliśmy badanie rektalne, aby sprawdzić, czy jest w ciąży.

ooooO mojej przygodzie życia w Afryce mogłabym opowiadać bardzo długo, gdyż spędziłam tam przepiękne i bardzo emocjonujące dni. Jednak to z Danny rozstanie było najcięższe. Dzięki niej poznałam z bliska, jak delikatne i czułe są nosorożce. Jednak jeśli będą ginąć w takim tempie jak teraz, to już za 40 lat mogą zniknąć całkowicie z naszej Ziemi. Dlatego mam nadzieję wrócić kiedyś na Czarny Ląd aby chronić jego dzikie piękno – zanim będzie za późno.



Natalia Rożniewska

www.projectwildlife.wordpress.com


Operacja Zanzibar

środa 6.06.2012

Zanzibar – wyspa czterech kultur pachnąca wanilią i cynamonem – to miejsce przypominające raj na Ziemi. Osławione zanzibarskie plaże częstujące bielą piasku i błękitem nieba, na których wschody słońca zdają się być najpiękniejsze ze wszystkich, jakie możemy ujrzeć w innych częściach świata – aki obraz tej afrykańskiej wyspy staje nam przed oczami, gdy widzimy kuszące reklamy wakacji z biur podróży.

Jednak, gdy poczytamy więcej o życiu mieszkańców Wyspy Przypraw okazuje się nie być ono tak beztroskie i kolorowe. Gospodarstwa w wioskach Zanzibaru utrzymują się dzięki pracy zwierząt, które często nie są w stanie, dosłownie i w przenośni, udźwignąć ciężaru pracy na nich nałożonej. Takie osły, krowy i kuce częstą stają się ofiarami niedbalstwa swych właścicieli. W 2009 roku na Zanzibarze, nieopodal Stone Town, powstał ośrodek, którego celem jest niesienie pomocy zwierzętom pracującym, a także wpłynięcie na świadomość właścicieli zwierząt, aby los tych czworonogów choć trochę uległ poprawie. Przez kilka lat działalności ZAASO (Zanzibar Animals Affection Society), bo tak właśnie nazwany został ten ośrodek, wiele na wyspie uległo poprawie. Wciąż jednak do ZAASO trafia wiele zaniedbanych i porzucanych zwierząt, potrzeba rąk do pracy.

Właśnie dlatego zdecydowałyśmy się spędzić część naszych wakacji po 4 roku studiów pomagając lekarzowi weterynarii współpracującemu z ZAASO. Możliwość wzięcia udziału w ratowaniu zwierząt Czarnego Lądu będzie dla nas niezwykłym przeżyciem, a także szansą na zdobycie dużego doświadczenia w pracy lekarza weterynarii z wieloma gatunkami zwierząt towarzyszących, jak i gospodarskich, w warunkach szpitalnych oraz terenowych. Zdobytą wiedzę oraz doświadczenie wykorzystamy w przyszłej pracy lekarskiej.

Część naszej wyprawy zamierzamy spędzić również odwiedzając lądową Tanzanię, w której da się jeszcze odnaleźć zakątki dzikiej przyrody niezmienionej wpływami człowieka. Podczas podróży znajdziemy się między innymi w pełnych zieleni i drapieżników parkach narodowych północnej Tanzanii, staniemy u stóp Kilimandżaro oraz na brzegu największego jeziora słodkowodnego świata – Jeziora Wiktorii.

Każdy internauta może pomóc nam w zebraniu środków finansowych na wyprawę. Wystarczy tylko oddać na nas głos w konkursie „Stypendium z Wyboru” pod linkiem: http://stypendiumzwyboru.absolvent.pl/uczestnicy/projekt-zanzibar-wolontariat-w-zaaso-tanzania-944. Zagłosować można na samym dole strony korzystając z niebieskiego przycisku Facebook’a „Zaloguj się, aby zagłosować” i postępując zgodnie z instrukcją. Gdy pojawi się różowa ramka z serduszkiem i napisem „Oddaj głos”, klikamy i zrobione! Dziękujemy!

Więcej o wyprawie przeczytać można na stronie www.projektzanzibar.pl. Zapraszamy również na Facebook’a: www.facebook.pl/ProjektZanzibar.


Emilia Liwocha Anna Jakubczak

Operacja Dzika Ameryka

piątek 25.05.2012

Pasja, która staje się przyszłością i upragnionym zawodem, jest jak spełnienie wszystkich marzeń na raz. Jednakże, aby osiągnąć postawiony przed sobą tak dalekosiężny cel, należy uzbroić się w cierpliwość i ogrom samozaparcia począwszy już od pierwszych, najdrobniejszych kroków.

Chciałabym zostać weterynarzem dzikich zwierząt. Takim, co mieszka skromnie na odludziu w otoczeniu jadowitych węży i pająków, bez zasięgu ani internetu i biega codziennie po buszu z głową zajętą problemami dzikiego świata. Wszystko to dlatego, że zawód ten daje podwójną radość – pozwala bowiem na ratowanie gatunków zagrożonych wyginięciem, a tym samym całego piękna i wolności naszej Ziemi.

Marzenie dość nietypowe, ale… czy niemożliwe? Praktyka w pracy weterynarza to sprawa nadrzędna. Aby ją zdobyć, ze względów oczywistych postanowiłam wyruszyć w głąb egzotyki. Poznałam świat tygrysów i słoni w Tajlandii, a także leczyłam święte krowy w Indiach i brałam udział w operacji nosa u wielbłąda. Przekonanie o prawdziwości mojej pasji tylko narastało i kazało działać dalej. Tak trafiłam do Afryki, gdzie opiekowałam się osieroconymi nosorożcami, uczyłam się tropienia dzikich zwierząt w buszu, robiłam sekcję słonia i pomagałam uwolnić lwy zaplątane w sieci kłusowników, o czym można poczytać na blogu www.projectwildlife.wordpress.com

Tym razem pragnę udać się do serca Ameryki Południowej – Boliwii, gdzie jako wolontariuszka będę pomagać w leczeniu zwierząt zamieszkujących amazońską dżunglę. To właśnie tam najliczniej poluje się i sprzedaje zniewolone sieroty w ręce bezlitosnych wyzyskiwaczy. Ośrodek, do którego się udam, ratuje zwierzęta i zapewnia im opiekę medyczną tak, aby w przyszłości mogły odzyskać utraconą wolność. Wiele z nich doznało licznych krzywd i nie potrafi odnaleźć się w ich naturalnym świecie, dlatego na miejscu leczy się nie tylko rany, ale też psychikę.

Wyjazd ten pozwoli mi zdobyć nie tylko kolejne doświadczenia, ale też pomoże zwierzętom skrzywdzonym przez człowieka. Aby zrealizować swoje plany, staram się o fundusze w konkursie „Stypendium z Wyboru”. Od Was zależy, czy mi się to uda, bowiem liczba uzyskanych głosów zadecyduje o zwycięstwie. Dlatego gorąco proszę Was o głosowanie na moją aplikację, która znajduje się pod adresem : http://stypendiumzwyboru.absolvent.pl/uczestnicy/operacja-dzika-ameryka-1083

Dziękuję!


Krótka instrukcja głosowania:

– należy połączyć się z facebookiem (link znajduje się w dolnym lewym rogu aplikacji)

– następnie w tym samym miejscu pojawi się różowy przycisk z serduszkiem i napisem „oddaj głos”

– po jego kliknięciu możesz opublikować link z moją aplikacją na swojej tablicy i zachęcić znajomych do głosowania


Natalia Rożniewska


Wizyta przedstawicieli IVSA Warszawa w Brukseli

środa 2.05.2012

w Parlamencie EuropejskimW dniach 23-26.04 sześcioro studentów przebywało w Brukseli reprezentując Uczelnię w Instytucjach Europejskich. W czasie wizyty odbyły się spotkania z europosłami Czesławem Siekierskim, Jarosławem Kalinowskim, Wojciechem Olejniczakiem. Studenci wzięli udział w posiedzeniu Komisji Rolnej Parlamentu Europejskiego, gdzie mieli okazję zobaczyć „od środka” jak kształtują się decyzje, które później wpływają na nasze życie. Ponadto spotkali się z przedstawicielami Dyrekcji Generalnej ds. Zdrowia i Konsumentów (DG SANCO) dr Magdaleną Zientarą (National Expert D3 DG SANCO), dr Martą Sobieraj (National Expert D2 DG SANCO) oraz Sergio Pavon’em (DG SANCO Unit G.2). Kolejny panel odbył się z dyrektorem Andreasem Lernhart’em z Sekretariatu Generalnego Rady UE.  Ostatni dzień spędzili w Stałym Przedstawicielstwie RP przy UE, gdzie miały miejsce spotkania z  prof. dr hab. Andrzejem Babuchowskim (Radcą Ministrem- koordynatorem Wydziału Rolnego), dr Janem Prandotą (Radcą Ministrem), mgr Krystianem Kęciekiem (I Sekretarzem).

Rozmowy dotyczyły funkcjonowania Instytucji Europejskich, wspólnej polityki rolnej, spraw weterynaryjnych, kwestii ochrony zwierząt, międzynarodowego obrotu produktami pochodzenia zwierzęcego, udziału Polski w funkcjonowaniu instytucji unijnych w dziedzinie weterynarii i ochrony zwierząt, a także możliwości staży dla studentów i pracy dla absolwentów uczelni rolniczych.

Wyjazd organizowany był przez IVSA Warszawa przy  ogromnym wsparciu i zaangażowaniu Pana dr Jana Prandoty- Radcy Ministra w stałym Przedstawicielstwie RP przy UE.


Podróż nyską do Azji

poniedziałek 23.01.2012

.
W naszą podróż wyruszyliśmy w lipcu 2008 roku. Podróż trwała 46 dni. Przejechaliśmy 15 600 km osiemnastoletnią Nysą przez Ukrainę, Rosję oraz Kazachstan. Podróżując przez Ukrainę poznaliśmy czwórkę młodych Ukraińców: Dymitra, Andżelikę, Julię oraz Kiryla. Byli naszymi autostopowiczami. Wszyscy wracali z festiwalu tańca do swoich domów. Zaproponowaliśmy im dalszą podróż z nami na Krym i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu cała czwórka wyraziła zgodę. Tak zaczęła się polsko – ukraińska przygoda. Wieczorami przy gitarze śpiewaliśmy piosenki w języku polskim, ukraińskim i rosyjskim. Piliśmy przepyszne wina krymskie. Zwiedzaliśmy miasta i miasteczka. Czuliśmy, że spotykając tych ludzi poznajemy prawdziwe oblicze Ukrainy. Naszym nowym przyjaciołom spodobała się piosenka pt. „hej sokoły”. Był to hit wspólnie spędzonych wieczorów. W drodze do granicy rosyjskiej zatrzymała nas ukraińska policja DAI. Nie wiem czy to przypadek czy zrządzenie losu ale ich nazwa jest adekwatna do zachowania. Policjanci straszyli i grozili na wszystkie możliwe sposoby, np. że wezmą prawo jazdy, że zabiorą kierowcę na komisariat. Kontrola trwała 40 minut. To były najdłuższe 40 minut w całej wyprawie. Nie kryli się, że chcieli od nas łapówkę. Na szczęście spokój i opanowanie całej naszej ekipy zdziałało cuda. Puścili nas i nie wzięli nawet złamanej kopiejki. Pod koniec 9 dnia dotarliśmy na granicę ukraińsko-rosyjską to jej obawialiśmy się najbardziej. Na granicy rosyjskiej celnicy byli bardzo uprzejmi. Niestety musieliśmy wypełnić dużo papierów i to w języku rosyjskim. Obcokrajowiec nie znający rosyjskiego może mieć duży problem.
Będąc w Rosji odkryliśmy niezwykłe miasto – Elista – autonomiczny okręg Kałmucji, zamieszkiwany przez potomków Czingis Hana.  Miasto wyglądem przypominało chińską dzielnicę w Londynie. Ludzie byli bardzo uprzejmi i nawet wieczorem przy szaszłyku dosiadł się do nas starszy mężczyzna i zaczął opowiadać historię mieszkańców Elisty. Za miastem poznaliśmy Romka i Mariana, naszych kolejnych autostopowiczów. Wbrew pozorom nie byli oni Rosjanami tylko Ukraińcami mieszkającymi we Lwowie. Na dodatek mówiącymi świetnie po polsku. Naszą radość była ogromna poczuliśmy się prawie jak w Polsce. Wraz z nimi dojechaliśmy do kazachskiej granicy.
W 13 dniu wyprawy byliśmy w Kazachstanie. To był szok. Wioski wyglądały jak po wojnie. Cmentarze przerażały swoim dziwnym wyglądem. Na zewnątrz był niesamowity upał 50 st. Celcjusza. W Atyrał spaliśmy w polskiej parafii. Spędziliśmy tam 3 dni, pożegnaliśmy się również z Marianem i Romkiem, którzy jechali do Uzbekistanu. Wiedzieliśmy, że przed sobą mamy 500 km do Aktiubińska, wiedzieliśmy też, że przez 270 km ciągnie się bardzo zła droga. Niestety nie wiedzieliśmy, że aż tak zła. Nasza średnia prędkość wynosiła 20 km na godzinę. Dziury były nawet na 2 metry. Nie mogliśmy uwierzyć, że takie drogi istnieją. W dzień jechaliśmy stepem. Tak było łatwiej i szybciej tutaj prędkość dochodziła do 40 km/h. Niestety pył, kurz i piasek wdzierał się przez każdą nawet najmniejszą szczelinę do nysy, a my musieliśmy jechać z mokrymi ręcznikami na twarzy.  W 18 godzin zrobiliśmy 500 km. Zmęczeni dojechaliśmy do Aktubińska i mimo, że było dopiero po 17-stej poszliśmy spać. Również w tym mieście zatrzymaliśmy się w polskiej parafii. Dzięki pomocy księdza Tadeusza zostaliśmy zameldowani. Każdy kto przyjedzie do Kazachstanu musi w ciągu 5 dni się zameldować. Po 3 dniowym pobycie u ks. Tadeusza wieczorem ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy całą noc i dzień. Dopiero następnej nocy zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Było już ciemno znaleźliśmy lasek. Wjechaliśmy za kilka drzew… Nagle auto się zapadło. Nie mieliśmy sił aby wyciągnąć auto. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Nad ranem zbudziły nas głosy. Byli to leśnicy. Okazało się, że jesteśmy w Parku Narodowym i nie można w nim rozbijać namiotu. Został wypisany protokół, z którym za dwa dni mieliśmy się zgłosić po mandat. Leśnicy mieli problem z wypisaniem protokołu. Jeden protokół pisało trzech leśników. Z wyciągnięciem auta pomogli nam dobrzy ludzie, którzy najpierw próbowali wyciągnąc nasze auto Ładą Niwą, potem Ziłem. Udało się choć nie było łatwo. Nasi wybawcy pokazali nam, gdzie jest stacja benzynowa i chcieli nam dać 1000 tenge na paliwo. Za tę kwotę mielibyśmy ¼ baku.  Po wielkim pożegnaniu i dziękowaniu ruszyliśmy dalej. Naszym celem początkowo były Chiny. Planowo mieliśmy dojechać do Almaty byłej stolicy Kazachstanu, zostawić tam auto i dalej podróżować pociągami i autobusami. Stało się jednak inaczej. Po kupieniu biletu na autobus do Urumchi spostrzegłem, że jest problem z powrotną wizą rosyjską. Datę, którą uważaliśmy za wjazd okazała się datą wyjazdu z Rosji. Nie mieliśmy wyjścia oddaliśmy bilety. Postanowiliśmy, że dojedziemy do Kanionu Sharin. Z tamtąd w prostej drodze mieliśmy 80 km do Chin. Kanion był przepiękny, porównywalny z Wielkim Kanionem z USA. Najpierw dojechaliśmy na taras widokowy, następnie szliśmy po kanionie, skały miały przedziwne i przepiękne kształty. Popatrzyliśmy na licznik przejechaliśmy 8233 km. To już coś. Jak na razie nyska sprawowała się bez zarzutów. Niestety w drodze powrotnej mieliśmy problemy. Jako pierwszy odmówił posłuszeństwa styk od stacyjki, który zaśniedział, na następny dzień znowu niespodzianka silnik zaczął głośno terkotać niczym traktor. Okazało się, że śruba mocująca alternator się odkręciła. Szczęście nie chciało do nas powrócić. Następnego dnia jechaliśmy drogą pełną kamyków. Nagle usłyszeliśmy głośny dźwięk rozbitej szyby. Wszyscy na sekundę wstrzymaliśmy oddech. Na szczęście wszyscy byli cali i zdrowi tylko nie mieliśmy przedniej szyby, na dodatek, żeby nas dobić to od strony kierowcy. Mieliśmy przed sobą jeszcze 6 tyś km. Wszyscy mieliśmy markotne miny. Jednak po krótkiej chwili wszyscy śmialiśmy się. Cóż, nie było rady, wzięliśmy się w garść. Ubrałem kurtkę, czapkę, kaptur i… słoneczne okulary. Tak przejechaliśmy 20 km. Stanęliśmy tylko na chwilę, żebym ubrał cieplejszy sweter. I w tym momencie nasz pech zaczął się przemieniać w wielką przygodę. Na tym samym parkingu zatrzymały się 3 tiry kazachskie. Jeden z kierowców widząc tak dziwnie mnie ubranego zaczął się śmiać. Tak nawiązała się krótka rozmowa, której skutkiem był szalony pomysł. Jechaliśmy nyską z obstawą lepszą niż ma sam prezydent. Z przodu jechały 2 tiry, my z naszą piękną nyską i za nami ostatni tir. Dzięki kierowcom tirów, głownie Achmedowi (to z nim nawiązała się rozmowa) znaleźliśmy pleksę, którą wstawiliśmy zamiast szyby. Dalszą podróż aż do granicy kazachsko-rosyjskiej kontynuowaliśmy z naszymi nowymi znajomymi. Na granicy kazachskiej zrobiliśmy sensację, jednak żaden celnik nie zwrócił uwagi na nasz nowy nabytek: pleksę przyklejoną taśmą klejącą. Chyba nie wzbudziliśmy zaufania, bo do naszej nyski wpuścili psa Cygana. Kundel  przeszukał wszystko jednak niczego godnego uwagi nie znalazł. Po chwili następny szok, dostałem zgodę na podejście do zwierzaka i zabawę z nim, a Łukasz został grzecznie poproszony o zagranie na gitarze.    Wracając przez Rosję zaczął się wyścig z czasem. Na pokonanie ponad 3 tyś km mieliśmy tylko 6 dni. Wstawaliśmy wcześnie rano i przez cały dzień byliśmy w podróży. Po drodze zabieraliśmy autostopowiczów. Wieczorem jeden z nich wyciągnął z plecaka karabin….. To był szok. Okazało się, że Juri nosi przy sobie broń dla bezpieczeństwa. Pokazał nam również bliznę na nodze. Była to pamiątka po wojnie, w której został postrzelony. W Wołgogradzie spotkała nas kolejna przygoda. Jechaliśmy nocą. Łukasz nie zauważył znaku (którego być może nawet nie było) i policja zatrzymała nas za jazdę po prąd. Wiedzieliśmy już jak rozmawiać z policją tak ,żeby nie zapłacić łapówki. Po 20 minutach prawo jazdy zostało Łukaszowi oddane i jechaliśmy dalej. Po jakimś czasie usłyszałem krzyk Łukasza: „Czołgi przed nami”!!! otworzyłem oczy i przetarłem je ze zdumienia i nie dowierzenia. Przed nami jechała kolumna czołgów. Przez chwilę pomyślałem, że dojechaliśmy do Gruzji ale to było nie możliwe. Czołgi odjechały niespodziewanie tak jak przyjechały a my jeszcze długo nie mogliśmy dojść do siebie. Przejazd przez Rosję zajął nam 4 dni. Z radością i wielką ulgą przekroczyliśmy granicę ukraińską, tutaj nie ścigały nas żadne wizy.
Na Ukrainie od razu pojechaliśmy nad Morze Czarne, gdzie przez kilka dni odpoczywaliśmy. Koło Mariupola spotkaliśmy naszych przyjaciół kierowców tirów. Zjedliśmy razem kolacje poczym pożegnaliśmy się. Achmet z kolegami pojechał w kierunku Eupatorii, my do Krzywego Rogu. Tam czekał na nas Kiril nasz autostopowicz. Wieczorem poszliśmy z nim na urodziny jego przyjaciela. Było super, czuliśmy się tam tak jakbyśmy się znali parę lat. Po dwóch dniach razem z Kirilem pojechaliśmy do Juli, która mieszka w Ternopolu. Tam zwiedziliśmy piękne miasto i z przyjaciółmi skierowaliśmy się do Lwowa. We Lwowie czułem się jak w domu. Pożegnaliśmy się z Kirilem (odprowadził nas tylko 700 km) i Julią. Smutni, że musieliśmy się rozstać ale podekscytowani, że jesteśmy tak blisko domu ruszyliśmy w stronę granicy.
. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, zwiedziliśmy przepiękne miejsca. Ta podróż nauczyła mnie dużej pokory do ludzi i przyrody. Uświadomiła mi również, że świat nie jest taki duży. Jest on na wyciągnięcie mojej ręki!


Studenckie podróże

piątek 28.10.2011

Jeśli miałeś ciekawą praktykę gdzieś w świecie – podziel się swoimi doświadczeniami – napisz

 


ARMENIA
INDIE
TAJLANDIA



Następna strona »

Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych