photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10

Podróż nyską do Azji

poniedziałek 23.01.2012

.
W naszą podróż wyruszyliśmy w lipcu 2008 roku. Podróż trwała 46 dni. Przejechaliśmy 15 600 km osiemnastoletnią Nysą przez Ukrainę, Rosję oraz Kazachstan. Podróżując przez Ukrainę poznaliśmy czwórkę młodych Ukraińców: Dymitra, Andżelikę, Julię oraz Kiryla. Byli naszymi autostopowiczami. Wszyscy wracali z festiwalu tańca do swoich domów. Zaproponowaliśmy im dalszą podróż z nami na Krym i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu cała czwórka wyraziła zgodę. Tak zaczęła się polsko – ukraińska przygoda. Wieczorami przy gitarze śpiewaliśmy piosenki w języku polskim, ukraińskim i rosyjskim. Piliśmy przepyszne wina krymskie. Zwiedzaliśmy miasta i miasteczka. Czuliśmy, że spotykając tych ludzi poznajemy prawdziwe oblicze Ukrainy. Naszym nowym przyjaciołom spodobała się piosenka pt. „hej sokoły”. Był to hit wspólnie spędzonych wieczorów. W drodze do granicy rosyjskiej zatrzymała nas ukraińska policja DAI. Nie wiem czy to przypadek czy zrządzenie losu ale ich nazwa jest adekwatna do zachowania. Policjanci straszyli i grozili na wszystkie możliwe sposoby, np. że wezmą prawo jazdy, że zabiorą kierowcę na komisariat. Kontrola trwała 40 minut. To były najdłuższe 40 minut w całej wyprawie. Nie kryli się, że chcieli od nas łapówkę. Na szczęście spokój i opanowanie całej naszej ekipy zdziałało cuda. Puścili nas i nie wzięli nawet złamanej kopiejki. Pod koniec 9 dnia dotarliśmy na granicę ukraińsko-rosyjską to jej obawialiśmy się najbardziej. Na granicy rosyjskiej celnicy byli bardzo uprzejmi. Niestety musieliśmy wypełnić dużo papierów i to w języku rosyjskim. Obcokrajowiec nie znający rosyjskiego może mieć duży problem.
Będąc w Rosji odkryliśmy niezwykłe miasto – Elista – autonomiczny okręg Kałmucji, zamieszkiwany przez potomków Czingis Hana.  Miasto wyglądem przypominało chińską dzielnicę w Londynie. Ludzie byli bardzo uprzejmi i nawet wieczorem przy szaszłyku dosiadł się do nas starszy mężczyzna i zaczął opowiadać historię mieszkańców Elisty. Za miastem poznaliśmy Romka i Mariana, naszych kolejnych autostopowiczów. Wbrew pozorom nie byli oni Rosjanami tylko Ukraińcami mieszkającymi we Lwowie. Na dodatek mówiącymi świetnie po polsku. Naszą radość była ogromna poczuliśmy się prawie jak w Polsce. Wraz z nimi dojechaliśmy do kazachskiej granicy.
W 13 dniu wyprawy byliśmy w Kazachstanie. To był szok. Wioski wyglądały jak po wojnie. Cmentarze przerażały swoim dziwnym wyglądem. Na zewnątrz był niesamowity upał 50 st. Celcjusza. W Atyrał spaliśmy w polskiej parafii. Spędziliśmy tam 3 dni, pożegnaliśmy się również z Marianem i Romkiem, którzy jechali do Uzbekistanu. Wiedzieliśmy, że przed sobą mamy 500 km do Aktiubińska, wiedzieliśmy też, że przez 270 km ciągnie się bardzo zła droga. Niestety nie wiedzieliśmy, że aż tak zła. Nasza średnia prędkość wynosiła 20 km na godzinę. Dziury były nawet na 2 metry. Nie mogliśmy uwierzyć, że takie drogi istnieją. W dzień jechaliśmy stepem. Tak było łatwiej i szybciej tutaj prędkość dochodziła do 40 km/h. Niestety pył, kurz i piasek wdzierał się przez każdą nawet najmniejszą szczelinę do nysy, a my musieliśmy jechać z mokrymi ręcznikami na twarzy.  W 18 godzin zrobiliśmy 500 km. Zmęczeni dojechaliśmy do Aktubińska i mimo, że było dopiero po 17-stej poszliśmy spać. Również w tym mieście zatrzymaliśmy się w polskiej parafii. Dzięki pomocy księdza Tadeusza zostaliśmy zameldowani. Każdy kto przyjedzie do Kazachstanu musi w ciągu 5 dni się zameldować. Po 3 dniowym pobycie u ks. Tadeusza wieczorem ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy całą noc i dzień. Dopiero następnej nocy zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Było już ciemno znaleźliśmy lasek. Wjechaliśmy za kilka drzew… Nagle auto się zapadło. Nie mieliśmy sił aby wyciągnąć auto. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Nad ranem zbudziły nas głosy. Byli to leśnicy. Okazało się, że jesteśmy w Parku Narodowym i nie można w nim rozbijać namiotu. Został wypisany protokół, z którym za dwa dni mieliśmy się zgłosić po mandat. Leśnicy mieli problem z wypisaniem protokołu. Jeden protokół pisało trzech leśników. Z wyciągnięciem auta pomogli nam dobrzy ludzie, którzy najpierw próbowali wyciągnąc nasze auto Ładą Niwą, potem Ziłem. Udało się choć nie było łatwo. Nasi wybawcy pokazali nam, gdzie jest stacja benzynowa i chcieli nam dać 1000 tenge na paliwo. Za tę kwotę mielibyśmy ¼ baku.  Po wielkim pożegnaniu i dziękowaniu ruszyliśmy dalej. Naszym celem początkowo były Chiny. Planowo mieliśmy dojechać do Almaty byłej stolicy Kazachstanu, zostawić tam auto i dalej podróżować pociągami i autobusami. Stało się jednak inaczej. Po kupieniu biletu na autobus do Urumchi spostrzegłem, że jest problem z powrotną wizą rosyjską. Datę, którą uważaliśmy za wjazd okazała się datą wyjazdu z Rosji. Nie mieliśmy wyjścia oddaliśmy bilety. Postanowiliśmy, że dojedziemy do Kanionu Sharin. Z tamtąd w prostej drodze mieliśmy 80 km do Chin. Kanion był przepiękny, porównywalny z Wielkim Kanionem z USA. Najpierw dojechaliśmy na taras widokowy, następnie szliśmy po kanionie, skały miały przedziwne i przepiękne kształty. Popatrzyliśmy na licznik przejechaliśmy 8233 km. To już coś. Jak na razie nyska sprawowała się bez zarzutów. Niestety w drodze powrotnej mieliśmy problemy. Jako pierwszy odmówił posłuszeństwa styk od stacyjki, który zaśniedział, na następny dzień znowu niespodzianka silnik zaczął głośno terkotać niczym traktor. Okazało się, że śruba mocująca alternator się odkręciła. Szczęście nie chciało do nas powrócić. Następnego dnia jechaliśmy drogą pełną kamyków. Nagle usłyszeliśmy głośny dźwięk rozbitej szyby. Wszyscy na sekundę wstrzymaliśmy oddech. Na szczęście wszyscy byli cali i zdrowi tylko nie mieliśmy przedniej szyby, na dodatek, żeby nas dobić to od strony kierowcy. Mieliśmy przed sobą jeszcze 6 tyś km. Wszyscy mieliśmy markotne miny. Jednak po krótkiej chwili wszyscy śmialiśmy się. Cóż, nie było rady, wzięliśmy się w garść. Ubrałem kurtkę, czapkę, kaptur i… słoneczne okulary. Tak przejechaliśmy 20 km. Stanęliśmy tylko na chwilę, żebym ubrał cieplejszy sweter. I w tym momencie nasz pech zaczął się przemieniać w wielką przygodę. Na tym samym parkingu zatrzymały się 3 tiry kazachskie. Jeden z kierowców widząc tak dziwnie mnie ubranego zaczął się śmiać. Tak nawiązała się krótka rozmowa, której skutkiem był szalony pomysł. Jechaliśmy nyską z obstawą lepszą niż ma sam prezydent. Z przodu jechały 2 tiry, my z naszą piękną nyską i za nami ostatni tir. Dzięki kierowcom tirów, głownie Achmedowi (to z nim nawiązała się rozmowa) znaleźliśmy pleksę, którą wstawiliśmy zamiast szyby. Dalszą podróż aż do granicy kazachsko-rosyjskiej kontynuowaliśmy z naszymi nowymi znajomymi. Na granicy kazachskiej zrobiliśmy sensację, jednak żaden celnik nie zwrócił uwagi na nasz nowy nabytek: pleksę przyklejoną taśmą klejącą. Chyba nie wzbudziliśmy zaufania, bo do naszej nyski wpuścili psa Cygana. Kundel  przeszukał wszystko jednak niczego godnego uwagi nie znalazł. Po chwili następny szok, dostałem zgodę na podejście do zwierzaka i zabawę z nim, a Łukasz został grzecznie poproszony o zagranie na gitarze.    Wracając przez Rosję zaczął się wyścig z czasem. Na pokonanie ponad 3 tyś km mieliśmy tylko 6 dni. Wstawaliśmy wcześnie rano i przez cały dzień byliśmy w podróży. Po drodze zabieraliśmy autostopowiczów. Wieczorem jeden z nich wyciągnął z plecaka karabin….. To był szok. Okazało się, że Juri nosi przy sobie broń dla bezpieczeństwa. Pokazał nam również bliznę na nodze. Była to pamiątka po wojnie, w której został postrzelony. W Wołgogradzie spotkała nas kolejna przygoda. Jechaliśmy nocą. Łukasz nie zauważył znaku (którego być może nawet nie było) i policja zatrzymała nas za jazdę po prąd. Wiedzieliśmy już jak rozmawiać z policją tak ,żeby nie zapłacić łapówki. Po 20 minutach prawo jazdy zostało Łukaszowi oddane i jechaliśmy dalej. Po jakimś czasie usłyszałem krzyk Łukasza: „Czołgi przed nami”!!! otworzyłem oczy i przetarłem je ze zdumienia i nie dowierzenia. Przed nami jechała kolumna czołgów. Przez chwilę pomyślałem, że dojechaliśmy do Gruzji ale to było nie możliwe. Czołgi odjechały niespodziewanie tak jak przyjechały a my jeszcze długo nie mogliśmy dojść do siebie. Przejazd przez Rosję zajął nam 4 dni. Z radością i wielką ulgą przekroczyliśmy granicę ukraińską, tutaj nie ścigały nas żadne wizy.
Na Ukrainie od razu pojechaliśmy nad Morze Czarne, gdzie przez kilka dni odpoczywaliśmy. Koło Mariupola spotkaliśmy naszych przyjaciół kierowców tirów. Zjedliśmy razem kolacje poczym pożegnaliśmy się. Achmet z kolegami pojechał w kierunku Eupatorii, my do Krzywego Rogu. Tam czekał na nas Kiril nasz autostopowicz. Wieczorem poszliśmy z nim na urodziny jego przyjaciela. Było super, czuliśmy się tam tak jakbyśmy się znali parę lat. Po dwóch dniach razem z Kirilem pojechaliśmy do Juli, która mieszka w Ternopolu. Tam zwiedziliśmy piękne miasto i z przyjaciółmi skierowaliśmy się do Lwowa. We Lwowie czułem się jak w domu. Pożegnaliśmy się z Kirilem (odprowadził nas tylko 700 km) i Julią. Smutni, że musieliśmy się rozstać ale podekscytowani, że jesteśmy tak blisko domu ruszyliśmy w stronę granicy.
. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, zwiedziliśmy przepiękne miejsca. Ta podróż nauczyła mnie dużej pokory do ludzi i przyrody. Uświadomiła mi również, że świat nie jest taki duży. Jest on na wyciągnięcie mojej ręki!


Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych