photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10

„FUNNY” MARSH FARM 2016

poniedziałek 31.10.2016

Yorkshire Dairy Goat / Far Marsh Farm , Wielka Brytania

kierunek produkcji: kozy mleczne

IMG_1895

Moje 2 tygodnie praktyk hodowlanych było tylko częścią dwuletniej przygody z gospodarstwem Far Marsh Farm. Przez ostanie dwa sezony wakacyjne pracowałam w tym gospodarstwie w przerwie między kolejnymi latami studiów na weterynarii. Praca ze zwierzętami gospodarskimi od początku mnie fascynowała, ale nigdy bym nie pomyślała, że to właśnie praca z kozami da mi taką satysfakcję i pomoże lepiej zrozumieć hodowlę w nowoczesnym gospodarstwie produkcyjnym.

Far away…

Far Marsh Farm to gospodarstwo znajdujące się we wschodnim Yorkshire w Wielkiej Brytanii, nieopodal rzeki Humber. Kod pocztowy dzieli z miejscowością Ottringham, jednak lokalizację lepiej określają słowa „po  środku niczego”.  Jednak nam studentom żadne warunki nie są straszne, dlatego dosłowne wywiezie w pole nie powinno nikogo zniechęcić. Firma zadbała o moje zakwaterowanie, a na zakupy spożywcze jeździłam z innymi pracownikami. Gdy przyzwyczaiłam się do ruchu lewostronnego sama jeździłam samochodem, dlatego jak widać opcji jest wiele. Plusem jest to, że mleka zawsze jest pod dostatkiem!

 

Gospodarstwo Farm Marsh Farm to jedno z dwóch gospodarstw zajmujących się produkcją mleka koziego, które widnieje pod firmową nazwą Yorkshire Dairy Goat. Oba gospodarstwa generują rocznie 10 milionów litrów mleka co sprawia, że Yorkshire Dairy Goat jest największym dostawcą mleka koziego w Anglii. W Far Marsh Farm jest utrzymywanych 5 tysięcy kóz ogółem (dojonych jest około 3, 7 tysięcy, około 1 tysiąc młodzieży w różnym wieku, oaz 35 kozłów). Zwierzęta produkują średnio 3,7 l mleka/dzień/kozę do około średniej 4,5 l mleka/dzień/kozę (jednak dosyć często zdarzają się rekordzistki produkujące ponad 12 l mleka/dzień!). Mleko magazynowane jest w dwóch cysternach (20 i 30 tys litrów pojemności), które są opróżniane przez mleczarnię co drugi dzień.

Przechowywane mleko musi pozostać w temperaturze poniżej 5 OC, cysterny są automatycznie myte po opróżnieniu, mleko musi spełniać odpowiednie standardy np.;

⇒TVC ( Total diable Mount) oznaczające liczbę bakterii zdolnych do wytworzenia kolonii, nie może przekroczyć wartości 100 tys. cFu (jednostki tworzące kolonie). Dodatkowa premia pieniężna jest doliczana jeżeli TVC nie przekroczy wartości 25 tys. Trzeba przyznać, że często tak było! Wystarczy mleko jednej wydojonej kozy, która ma mastitis i TVC leci do góry, bo liczba bakterii bardzo rośnie. Inne czynniki wpływające na wysoką wartość TVC: nieodpowiednia higiena doju, brudne wyposażenie, błędy podczas automatycznego płukania systemu doprowadzającego mleko do cysterny.

⇒Liczba komórek somatycznych, próg dla tej wartości w przypadku mleka koziego jest wysoki ( w porównaniu do progu dla mleka krowiego). U mleku kozim znajdują się średnio 2 miliony komórek somatycznych, a wartość ta może sięgać 25 milionów (to już są bardzo ciężkie przypadki zapalenia gruczołu mlekowego), liczby zwiększają się wraz z wydłużaniem laktacji. W przypadku mleka krowiego wartość komórek somatycznych nie powinna przekraczać 300 tys.

Nasze kozy to mieszanki genetyczne trzech ras: koza saaneńska (biała), koza alpejska (czarna), koza toggenburska (brązowa).

Do moich obowiązków należało między innymi: dojenie, opieka nad porodówką, zajmowanie się koźlętami, porządkowanie bazy danych, korekcja racic, sprzątanie, szorowanie i pucowanie każdej powierzchni użytkowej.

 

Dojenie.

Dojarnia karuzelowa na 84 stanowiskaJedno z najważniejszych i najbardziej pracochłonnych zajęć w gospodarstwie mlecznym. Dojone stado było podzielone na 6 grup, czas przeznaczony na dojenie to godzina na jedną grupę. Dojarnia karuzelowa firmy Fulwood specjalnie dostosowana do dojenia kóz (mniejsze stanowiska, dwa kubki udojowe) składała się z  84 stanowisk. Całość połączona z oprogramowaniem o nazwie Crystal. Szybkość dojenia to średnio 600-700 kóz/godz. W zależności od stadium laktacji każda grupa była dojona 2 lub 3 razy na dobę (Dwa razy były dojone kozy w późniejszej fazie, a 3 razy kozy we wczesnej fazie laktacji). Dojenie rozpoczynało się od włączenia dojarni, opuszczenia kubków udojowych, sprawdzenia podłączenia do cysterny. UdojNastępnie należało przyprowadzić pierwszą grupę. Dojenia były rozpisane na konkretne osoby i za każde dojenie był odpowiedzialny jeden dojarz. Podczas dojenia porannego/popołudniowego często była przydzielona dodatkowa osoba do sprzątania dojarni. Dojarnia stała wyłączona tylko przez 3 godziny na dobę, więc większość prac higienicznych i naprawczych musiało być przeprowadzonych albo w tych krótkich przerwach albo podczas dojenia. Kozy były zachęcane do wchodzenia na stanowiska poprzez automatycznie napełniane koryta na dojarni. Z jednej dużej zagrody zakończonej bramą elektryczną (którą dojarz mógł użyć do zapędzania stada) zwierzęta wchodziły po stopniach przez 3 bramki separacyjne na dojarnię. Najważniejszą zasadą podczas dojenia było nie dojenie kóz z mastitis. Kozy, u których wykryto zapalenie w jednej połówek wymienia były oznaczone. Zamalowana na czerwono prawa noga oznaczała mastitis w prawej połówce, a lewa w lewej połówce. Inne kolory były używane do oznaczania mechanicznych obrażeń wymienia. W ten sposób dojarz wiedział, że nie może nałożyć kubka udojowego na jeden ze strzyków, lub należy zdezynfekować ranę. Kolejki jak w PRLuDo obowiązków dojarza należało również wypatrywanie nowych kóz z objawami mastitis: „zagrzane” wymię, wysięk ze strzyku, twardy gruczoł mlekowy, wyjątkowa wrażliwość na dotyk często oznaczająca bolesność, rozwarstwiające się mleko. W przypadku podejrzenia podklinicznego stanu zapalnego używaliśmy aparatu Dramińskiego, który mierzył oporność elektryczną mleka. Pomiar należało przeprowadzić przed podłączeniem kozy do dojenia. Pierwsze strugi mleka zdajaliśmy do wiaderka, następnie należało wypełnić kubek aparatu z czujnikiem i odczytać wynik.  Zasada działania tego urządzenia opiera się na wzroście zawartości soli w mleku w przypadku podklinicznego mastitis. Gdy rośnie zawartość soli, wówczas oporność jest wyższa i liczba na wyświetlaczu rośnie. Ponieważ prawidłowe wartości różnią się osobniczo, należy przeprowadzić test z dwóch połówek dwukrotnie. Jeżeli różnica pomiędzy odczytami z obu połówek wynosi więcej niż 30 jednostek, połówkę z wyższą wartością oznaczało się na kolor czerwony oraz należało spisać numer tej kozy. Całe gospodarstwo było pod kontrolą oprogramowania hodowlanego, każda koza miała kolczyk z indywidualnym numerem oraz drugi kolczyk z chipem elektronicznym poprzez który była ona rozpoznawana na dojarni i stacjach żywieniowych. Każde zwierzę miało swoją kartotekę, można było sprawdzić wiek, wydajność, przebyte choroby, fazę laktacji i wiele innych rzeczy. W urządzeniu do dojenia były wbudowane czujniki zbierające informacje o mleku. Jednym z najważniejszych parametrów w walce z mastitis była przewodność elektryczna mleka. Za pomocą komputera można było odnaleźć kozy, u których przewodność była niska. Gdy komputer na dojarni odczytywał numer kozy, która ma być przetestowana przez dojarza, wyświetlał informację na odpowiednim stanowisku. W ten sposób wykrywalność wczesnego, podklinicznego mastitis była bardzo duża. W porównaniu do krów mlecznych u których zapalenia gruczołu mlekowego jest bardzo dużym problemem, kozy wypadają nadzwyczaj dobrze. Występowanie mastitis w stadzie to tylko 10% dojonych kóz.

Opieka nad porodówką.

Porodówka była wydzieloną częścią zagrody, w której przyszłe matki były podzielone na grupy w zależności od przewidzianego (podczas wcześniejszego skanowania) terminu wykocenia. Zagrody z matkami należało sprawdzać od kilku do kilkunastu razy dziennie. Było to szczególnie ważne, ponieważ w ten sposób można było z większym prawdopodobieństwem określić które koźlę należy do której matki. Gdy widziałam nowonarodzone koźlę przy matce oznaczałam młode i matkę tym samym symbolem i kolorem sprayu. Zwykle rodziły się dwojaczki, ale równie często były jedynaki, do rzadkości nie należały też trojaczki.  Oznaczone koźlęta zabierało się z kojca, należało po kolei wyłapać wszystkie matki, odczytać numery z kolczyków i zamknąć je do osobnego boksu. Od jednej z matek u której widać, że poród był niedawno zdajaliśmy siarę.  Następnie zapisywaliśmy wszystkie numery w książce z porodówki, obok umieszczaliśmy informację o potomstwie. Jeśli urodziła się kózka to należało założyć jej kolczyk, wpisać numer kolczyka obok numeru matki, zdezynfekować pępowinę i podać siarę (około 250 ml za pomocą strzykawki i sondy żołądkowej). Jeżeli urodził się koziołek należało go uśpić za pomocą dwutlenku węgla, taki sam los czekał kózki, które urodziły się słabe, chore lub za małe. Zakolczykowane kózki trafiały do zagrody z noworodkami w osobnej hali, matki natomiast przeprowadzało się do osobnej grupy dojeniowej (Tapes), gdzie były dojone poza cysternę dwa razy dziennie przez okres około 4 dni (czyli przez czas odpowiadający sekrecji siary przez gruczoł mlekowy). W tym czasie należało testować siarę i jeżeli koza zaczynała produkować mleko była przenoszona do podstawowej grupy dojeniowej na czas trwania laktacji. Jedną z najbardziej niesamowitych rzeczy jakich się tutaj dowiedziałam było to, że jedna laktacja może trwać u kozy aż 5 lat! Ponieważ gospodarstwo jest nowe (powstało zaledwie 5 lat temu) w tej chwili są dojone kozy które w dalszym ciągu są w swojej pierwszej laktacji. Zwykle laktacja trwa 18 miesięcy (co daje 540 dni laktacji, w porównaniu z 300 dniami u krowy), ale w przypadku wysokich wydajności które utrzymują się na stałym poziomie laktacja jest wydłużana (a właściwie nie jest skracana). Większym stresem dla tego zwierzęcia jest okres zasuszania, zajścia w ciążę i poród niż długa laktacja.  Podczas opieki nad porodówką miałam szansę sama odebrać kilkanaście porodów (zwykle koźlęta były splątane w środku). Absolutnie niesamowite wrażenie! Niestety zdarzały się przypadki obumarłych koźląt i wtedy często musiałam wyciągać fragmenty płodów. Jeśli chodzi o komplikacje poporodowe, to sporadycznie dochodziło do uszkodzenia miednicy. Koza nie mogła wstać po porodzie. Wówczas dostawała antybiotyk i środki przeciwbólowe. Jeśli pomogły to po 2-3 dniach zwierzę wstawało na nogi, jeśli nie to należało skrócić jej cierpienia.

Zasuszanie kóz.

Okres zasuszania trwał od 30 do 60 dni. Kozy były utrzymywane w osobnej grupie, miały zredukowane jedzenie (dostawały tylko siano, sianokiszonkę i wodę). Nie stosowaliśmy dostrzykowych antybiotyków oraz nie ograniczaliśmy dostępu do wody (jak to się czyni w przypadku krów mlecznych). Kozy były okazjonalnie dojone, aby opróżnić wymię i nie doprowadzić do zapalenia wymienia. W przypadku wysokich wydajność zasuszanie niejednokrotnie nie było możliwie i koza była dojona aż do porodu (w przypadku krowy byłoby to niemożliwie!). Przed wejściem w okres zasuszania (w później fazie laktacji) dawka pokarmowa była zmniejszana, aby nie doprowadzić do odkładania się tłuszczu co mogłoby spowodować problemy podczas porodu oraz zaburzenia płodności.

Zagroda z koźlętami.

Młodzież miała osobny budynek, w którym znajdowały się kozy do momentu zajścia w pierwszą ciążę. Pomieszczenie było wysokie, dobrze doświetlone i wentylowane. Dla najmłodszych były zbudowane wewnętrzne pomieszczenia, aby uchronić je przez wyziębieniem i przeciągami. W kojcach znajdował się podkład wchłaniający wilgoć oraz słoma. W mniejszych kojcach znajdowało się około 18 zwierząt, a w większych około 25. W jednym pomieszczeniu mieliśmy 6 kojców pomiędzy którymi znajdowała się maszyna do mleka w proszku, połączona za pomocą gumowych rurek ze smoczkami w kojcach. Maszyna automatycznie mieszała mleko z wodą tworząc pokarm o odpowiedniej koncentracji i temperaturze. Noworodki były uczone picia ze smoczków przez pierwsze 2-3 dni. W pierwszym tygodniu życia miały już dostęp do świeżej wody, siana i granulatu (była to raczej kwestia zaznajomienia ich z tym pokarmem). KozletaW 3-4 dniu życia miały usuwane zawiązki rogów przez weterynarza. Należało znieczulić gałęzie rogowe (wtórne odgałęzienia nerwu trójdzielnego), następnie za pomocą palnika należało wypalić zawiązek rogu. Ponieważ czaszka koźlęcia jest dużo cieńsza od czaszki cielęcia czynność tą może przeprowadzić tylko weterynarz ( i student weterynarii oczywiście!). Istnieje duże ryzyko przebicia czaszki i uszkodzenia mózgu, a co za tym idzie śmierci zwierzęcia. Miałam okazję usuwać rogi, weterynarz za każdym razem zostawiał dla mnie ostatnie 10 sztuk, a jak miał bardzo dobry humor i czas to nawet więcej. Koźlęta miały serię szczepień np.: lambivac (przeciwko Clostridium tetani i Clostridium pefringens), gudair (na chorobę Johnego, czyli Mycobacterium paratuberculosis), vecoxan (przeciwko kokcydiozie), Nu-Flor (antybiotyk, głównie przeciwko zapaleniu płuc), podawany był również baytril w kozleta2przypadku biegunek.  Między 4 a 6 tygodniem życia mleko było zastępowane dawką pełnoporcjową dla koźląt w skład której wchodziła soja, pszenica, fasola, groszek, jęczmień, kukurydza, melasa. Starsza młodzież dostawała sianokiszonkę. W momencie osiągnięcia wagi 32 kg i dojrzałości płciowej młode kozy były umieszczane w zagrodach razem z kozłem (system haremowy). W odpowiednim czasie przyjeżdżał John Barnes, który zajmuje się na co dzień wykrywaniem ciąży u zwierząt i skanował te grupy. Używał aparatu USG i był na tyle miły, że pozwolił mi przebadać kilkanaście zwierząt i pokazał jak interpretować obraz na monitorze. John zajmuje się skanowaniem od 40 lat i potrafi określić z dokładnością do 2 dni dzień porodu, oraz ilość płodów. Ponad to robił to wszystko z prędkością 200 kóz na godzinę.  Jedyne co mi się udało osiągnąć w tej dziedzinie jak do tej pory, to stwierdzić ciążę (dobre i to na początek!).

 Baza danych.

Fiesta i sjestaJak już wspomniałam całe gospodarstwo jest skomputeryzowane i oparte na programie Crystal. Komputer połączony jest z dojarnią i ze stacjami żywieniowymi, których jest obecnie 5. Oznacza to, że każda grupa dojeniowa ma własną stację żywieniową. Grupa 6 to Tapes (kozy po porodzie). Wszystko jest w pełni zautomatyzowane. Kozy od momentu zajścia w ciążę po raz pierwszy są przyzwyczajane do wyposażenia gospodarstwa. Uczenie ich jak wchodzić na stację lub na dojarnię jest nie lada sztuką i wymaga dużo cierpliwości. Zwierzęta te są jednak bardzo pojętne, dodatkowo pomaga to, że są łakome i szybko orientują się, że na tym strasznym urządzeniu czeka na nich jedzenie. Mój wkład w bazę danych polegał na porządkowaniu danych zebranych w książce z porodówki i książce ze zmarłymi zwierzętami. Wpisywałam do systemu nowe osobniki i usuwałam te, które już nie żyły. Praca w biurze pomogła mi spojrzeć na produkcję z dystansu jaki dają liczby i wykresy.

Korekcja racic.

raciceBardzo ważna czynność, wymagająca dużo doświadczenia i sprawności. Do korekcji racic używaliśmy obrotowego poskromu i nożyc hydraulicznych. Regularne przycinanie rogu podeszwy ograniczało wystąpienie kulawek i innych urazów. Należało jednym płynnym ruchem usunąć róg z jednej części racicy i powtórzyć czynność przy drugiej, nie przekraczając linii białej.

 

Sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie…

To była moja codzienność. Sprzątanie dojarni dawało satysfakcję i było szczególnie ważne w produkcji wysokiej jakości mleka. Miałam okazję jeździć ciężkim sprzętem rolniczym, takim jak JCB i traktory, co ułatwiało niektóre żmudne zajęcia.

 A po pracy:

medykamenty Jamesa HerriotaYorkshire to piękny zakątek Anglii, szczególnie polecam północną część z górami Dale w tle. Moje marzenia o weterynarii były podsycane opowieściami Jamesa Herriota ( a dokładnie weterynarza  Jamesa  Wighta) zawartymi w cyklu książek „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Miałam okazję odwiedzić jego lecznicę w Thirsku, którą przekształcono w muzeum na cześć najbardziej lubianego weterynarza na świecie.  Polecam spacer po okolicznych wzgórzach i „Fish and Chips” w lokalnym pubie.

Kolejnym miejscem wartym polecenia jest York. Piękne, malownicze miasteczko o wspaniale zachowanych zabytkach i największej ilości pubów w Anglii. Mówi się, że w Yorku codziennie przez rok można iść do innego pubu! Osobiście polecam najlepsze drinki w Evil eye, najlepsze pląsanie po parkiecie w Bora Bora, a dla amatorów salsy mam bardzo dobre wieści, bowiem Anglicy uwielbiają salsę i w Yorku jest duża społeczność ukierunkowana na ten taniec.

Weekendowy wypad do Yorku będzie wspaniałym uzupełnieniem pobytu w Anglii!

Mapa_GB

Bardzo trudno jest opisać funkcjonowanie tak dużego gospodarstwa jakim jest Far Marsh Farm, jeszcze trudniej zrozumieć każdy jego aspekt. Jest wiele kwestii, których nie poruszyłam w tym sprawozdaniu, jednak mam nadzieję, że wyczerpałam temat praktyk studenckich. Praca na farmie była niesamowitą przygodą, ale jest to bardzo ciężka praca. Bariera językowa nie ułatwiała sprawy na początku, jednak dzięki temu, że się nie poddałam moje słownictwo znacznie się poszerzyło, zyskałam cenne doświadczenie i znajomości. Weterynarz, który przyjeżdżał do nas, zaoferował mi praktyki u siebie w klinice.

Nice to meet you

Dziękuję i do zobaczenia!

Dorota Dywicka

Zainteresowanych praktykami proszę o kontakt z Dorotą

BB                                   

 

 

 

 

 

 


Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych