photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo1 photo8 photo9 photo10

SKARB INDII

sobota 23.07.2011

Taj Mahal Są takie miejsca i wydarzenia, nastaje niekiedy czas, że łamie się coś w człowieku, który zupełnie nieświadomie zaczyna pojmować to, co dotąd było mu odległe i nieznaczące, ulegając tym samym nieodwracalnej przemianie. Już pierwszego dnia w Indiach ktoś powiedział mi, że wracając z miesięcznej podróży po nieznanym sobie świecie skrajnego ubóstwa, nie będę już tą samą osobą. I miał rację – moje spojrzenie na ludzkość i życie drastycznie się zmieniło pod wpływem nowych doświadczeń.

Na pewno każdy, kto nawet nigdy w Azji nie był, słyszał coś o Indiach. I ja, szykując się do podróży, wiedziałam, że ponoć brudno, że śmierdzi, że bieda i bezprawie. Uwierzcie mi jednak, iż to nasze wyobrażenie dalekie jest wciąż od rzeczywistości. Przeciętny biały człowiek potrafi sam sobie przeczytać chociażby ten artykuł, bo nie tylko chodził do szkoły, ale jeszcze ma internet, a po jedzenie najzwyczajniej sięga do lodówki. Taka osoba nie pojmie realiów codzienności w Indiach, dopóki nie zobaczy tego na własne oczy i stanie się świadkiem tysięcy nieszczęść toczących się niemal na każdej ulicy. Po takim doświadczeniu można tylko zamilknąć lub otrząsnąć się i Na śmieciach podzielić własnym szczęściem – nawet jeśli w pojęciu całego kraju niewiele to zmieni.

Dlatego właśnie moim głównym celem podróży była od początku praca w schronisku dla zwierząt, której poświęciłam się bez reszty. Wyobraźcie sobie wielomilionowe miasto, którego ulice zamieszkuje 300 tysięcy bezdomnych psów. To tyle, co ludność Katowic! A przecież jest jeszcze całe mnóstwo świętych krów, świń, kóz i owieczek pałętających się bez celu i wcinających plastikowe śmieci – w końcu zieleni niewiele. W takim właśnie Ahmedabadzie funkcjonuje raptem jeden ośrodek dla zwierząt szumnie zwany kliniką.

A jak tam trafiłam? Właściwie zawsze marzyłam, z resztą nadal marzę, o pracy wśród dzikich zwierząt. Ponadto kocham podróże, co w połączeniu z pasją zaprowadziło mnie pół roku wcześniej do Tajlandii, a dokładniej – do Świątyni Tygrysów. Do dziś pamiętam dotyk miękkiej sierści drapieżnika… Obcowanie z wielkimi kociakami uświadomiło mi, że to dopiero początek moich przygód, gdyż wiedziałam już, że nie poprzestanę i będę dążyć do realizacji upragnionych celów. Po powrocie szybko zaczęłam snuć plany nad kolejną wyprawą. Padło na Indie – w końcu gdzie można spotkać tyle zwierzęcych sierot bez szans na jakąkolwiek opiekę medyczną?

Przyznaję, że nie przyszło mi łatwo przestawić się na pracę w tak surowych warunkach. Poziom higieny pozostawiał wiele do życzenia, brakowało też podstawowych leków. Już od początku zostałam rzucona na głęboką wodę – amputacja skrzydła i moja pierwsza operacja. W związku z brakiem rozrywki w Indiach, jedyną atrakcją Hindusów jest puszczanie latawców. Chyba nie ma w mieście drzewa, na którym nie wisiałyby poskręcane żyłki, będące przyczyną okaleczeń i nierzadko również śmierci ptaków. A na miejscu nie tylko brak odpowiednich warunków, ale też fachowców – weterynaria w Indiach właściwie nie istnieje. Jaghdis – pielęgniarz i jedyny stały pracownik – uczył mnie praktyki i podstaw chirurgii. W zamian starałam się przekazać wiedzę teoretyczną, chociaż dogadywaliśmy się niemalże bez słów. Dosłownie, bo Jaghdis nie tylko był analfabetą (do dziś zastanawia mnie jak rozróżniał leki), ale w dodatku nie posługiwał się Przy pracy angielskim.

Pobyt w Indiach wręcz obfitował w nowe wrażenia i skrajne emocje – od zachwytu, przez zdumienie, aż po żal, a nawet strach. Dobrze wiem, że w świadomości utkwią te najbardziej wstrząsające wydarzenia. Pierwsze śniadanie w restauracji – najedzona postanowiłam nie marnować resztek i poczęstowałam nimi bezdomnego psa, który jednak najwidoczniej nie był akurat głodny, gdyż nawet się nie zainteresował podstawionym mu przed nos jedzeniem. W tym momencie, po resztki z mojego talerza pochyliła się owinięta w szmaty starowinka. Chwyciła je i odeszła pospiesznie zostawiając mnie skonsternowaną i zdezorientowaną. Przyjechałam leczyć zwierzęta, a tymczasem ludzie wcale nie żyją tam lepiej…

Odtąd rozważania natury etycznej nieustannie mnie nurtowały i uświadamiały w jakże odmiennym świecie się znalazłam. Czym jest prawdziwy głód? Nie wiem i obym nigdy go nie zaznała. Zbliżyłam się jednak do zrozumienia problemów ludzkości za każdym razem, kiedy golutkie i bose dzieci biły się o kanapki, którymi chciałam je poczęstować.

A święte krowy, symbol Indii, o którym każdy słyszał? Chociaż zawdzięczają sobie wyższą „pozycję” w społeczeństwie hinduskim, to jednak ich los jest co najmniej równie marny. Pracując w Indiach miałam okazję zobaczyć na własne oczy, czym jest dom starości dla krów. Państwo wyznacza ich całe mnóstwo w każdym stanie kraju. A na miejscu oprócz niedołężnych zwierząt nie ma nic. Brakuje trawy, jedzenia, że nie wspomnę już o opiece weterynaryjnej. Co więcej, eutanazja jest zabroniona. Byłam świadkiem, jak zwierzęta w okropnej męczarni czekały na śmierć. Gdyby takiemu cierpiącemu zwierzęciu podać chociażby silny lek, na przykład morfinę, który złagodziłby ból – niestety, także i to jest zakazane. Więc co, tabletki od bólu głowy? Czy ryzykować odsiadkę w hinduskim więzieniu?

Warto także wspomnieć, że wszelkie usługi, jak również leki, były całkowicie bezpłatne w klinice, w której pracowałam. Wystarczyło przyprowadzić okaleczone zwierzę i je tam zostawić lub tylko powiadomić, gdzie się ono znajduje – pracownicy pojechaliby z pomocą. Mimo to, ludzie rzadko zwracali się do nas – nawet jeśli to ich własne zwierzę, z którego naturalnie czerpali zyski, było w potrzebie. I tak miałam okazję przeprowadzić swoją pierwszą operację na kozie, którą właściciel przyprowadził dopiero, kiedy była już u kresu wyczerpania. Innym razem usiłowaliśmy leczyć infekcję nosa u wielbłąda, powstałą na skutek okaleczenia specjalnym gwoździem, służącym do poskromienia zwierzęcia. Stan był poważny, bowiem okazało się, że w środku rozwija się całe mnóstwo larw much. Tłumaczenia, że tylko usunięcie metalu pozwoli na całkowite wyleczenie, nie zrobiły na nikim wrażenia – nie zgodzili się. Oczekiwano raczej cudu, że w jeden dzień doprowadzimy wielbłąda do zdrowia. Czy mogę mieć pretensje do ludzi? To zwierzę utrzymywało hinduską rodzinę – każdy dzień w lecznicy był dla nich stratą. Szczęściem założyciel fundacji – Lalu – zdecydował się zrekompensować finansowo każdy dzień pozostawienia wielbłąda w klinice. Brzmi jak absurd – chyba jedynie w Indiach możliwe jest wynagradzanie właściciela za leczenie jego zwierzęcia!

W takim świecie studentka z Europy postrzegana jest jako wykwalifikowany specjalista, co budziło we mnie śmiech za każdym razem, kiedy przedstawiano mnie jako profesora. Co więcej, musiałam podejmować decyzje o leczeniu gatunków, którymi w Polsce się w ogóle nie zajmujemy, jak właśnie wielbłąda czy małp. I chociaż nie czułam się jeszcze gotowa na taką odpowiedzialność, to świadomość, że jeśli ja nie pomogę zwierzętom, to nikt tego nie zrobi, ogromnie mnie mobilizowała. Starałam się wykorzystać zdobytą dotąd wiedzę i we współpracy z Jaghdisem od rana niemal do północy wytężaliśmy siły skupieni na jednym tylko celu. To, co mnie podnosi na duchu, to że w każdym zakątku świata czuwają ludzie wrażliwi, zdolni do poświęceń, bez względu czy dla ludzi, czy zwierząt. Może Wielbłąd dzięki nim jest jeszcze tyle piękna na ziemi?

Radość nieopisana, kiedy mogłam podziwiać orły i jastrzębie, które znowu dumnie wznosiły się w powietrze. Te, które już nigdy nie polecą, odnalazły bezpieczny, dożywotni dom w schronisku. Widzieć wesołe szczeniaki i pełne wdzięczności spojrzenia czworonożnych pacjentów, to zdecydowanie najcenniejszy skarb tego zawodu. Czas spędzony w Indiach nie tylko pozwolił mi podszkolić swoje umiejętności, ale też pogłębił moje postrzeganie świata i przede wszystkim utwierdził mnie w przekonaniu, że droga, którą obrałam w życiu, jest moją drogą.

Na zakończenie zdecydowałam się jeszcze na krótki wypoczynek na osławionym Goa. Plaże nieziemskie, a atmosfera jeszcze wspanialsza! O poranku obserwowałam wynurzające się z Morza Arabskiego delfiny, wieczory zaś spędzałam z gitarą w towarzystwie podróżników z całego świata słuchając pieśni w języku hebrajskim. Rozkoszowałam się kuchnią Indii, a w szczególności świeżymi owocami morza. Zagłębiałam się w tą fascynującą kulturę z każdym nowym doświadczeniem. Udało mi się również zwiedzić nowoczesny i tłoczny Bombaj, a także napawałam zmysły widokiem na Taj Mahal o świcie – w końcu to jeden z siedmiu cudów świata. Po miesięcznej podróży czułam się bogatsza nie tylko o nowe umiejętności, ale przede wszystkim o niezapomniane wrażenia będące wspomnieniem przygody życia – mój skarb z Indii.

Natalia Rożniewska

więcej zdjęć


Tajlandia 2010

sobota 9.07.2011

TAM, GDZIE BUDDA SIĘ ŚMIEJE, A TYGRYSY MÓWIĄ DOBRANOC

Chyba każdemu marzy się podróż życia w odległe zakątki świata, które skrywają niejedną przygodę? Dla mnie to marzenie się spełniło. Pozwólcie, że opowiem Wam moją historię…

Do dziś pamiętam ten stres w chwili, kiedy kupowałam bilet do Bangkoku – klamka zapadła. Całkiem przypadkiem trafiłam na promocję lotniczą i postanowiłam polecieć do Azji – sama, ot tak, po prostu. Moja pierwsza samodzielna podróż daleko poza Europę napawała mnie podnieceniem, ale też lekką obawą. Zupełnie niepotrzebnie, bo Tajlandia okazała się być przyjaznym turystom rajem na ziemi. Ukochanym miejscem, za którym już zawsze będę tęsknić.

Po trzynastu godzinach oczekiwania na spóźniony samolot na lotnisku w Kijowie i jeszcze kolejnych dziesięciu już w powietrzu spragniona nowych wrażeń dotarłam w końcu na miejsce. Bangkok zaskakiwał mnie od początku właściwie na każdym rogu ulicy, a jego tajemnice odkrywałam w towarzystwie chińsko – tajskim. Zaczęliśmy od nauki jedzenia pałeczkami, co wychodziło mi dość niezdarnie nawet już pod koniec wyprawy. Delektowałam się słynną na cały świat kuchnią, choć z trudem przełykałam każdy piekący kęs. Za to zupy – wyborne! Chociaż o dziwo, do zup również należy posługiwać się pałeczkami. Zaciekawiona przeciskałam się przez tłoczne targowiska, gdzie kobiety handlowały najbardziej cudacznymi dziwadłami, jakie dotąd widziałam. I tak wśród tych różności można było kupić różowe jajka, żabę, węża, szaszłyki z ośmiornicy, a nawet suszonego konika polnego, którego zdecydowałam się spróbować ;)

Tajlandia 2010. Pałac W kulturze Wschodu zadurzyłam się po raz pierwszy, kiedy stanęłam przed imponującym kompleksem świątyń w stolicy Tajlandii, która obfituje wręcz w niesamowite zabytki. Po mieście poruszałam się zwykle przez Chao Phraya, gdzie zawsze panuje duży ruch. Tajlandia 2010. Chao Phraya Bynajmniej nie jest to wcale ulica, ale główna rzeka, od której odchodzi jeszcze wiele kanałów stanowiących sieć komunikacji. Wzdłuż brzegu wznoszą się olbrzymie, nowoczesne hotele zaraz obok skromnych chatek bez okien skleconych z kilku zardzewiałych blach.

Z kolei południe kraju przygotowało dla mnie niemałą niespodziankę. Wyobraźcie sobie lagunę, głęboki błękit spokojnej tafli morza, z której wystają ogromne skały porośnięte gęsto egzotyczną roślinnością. Do tego delikatny piaseczek i palmy na plaży – poczułam się jak w raju! Rozkoszowałam się nieskończenie tym jakże przyjemnym widokiem popijając orzeźwiające soki ze świeżych owoców. A na deser… pszenne naleśniki nadziewane bananami i polane czekoladą – obowiązkowy przysmak miasteczka Krabi!

Ponieważ nie umiem usiedzieć zbyt długo, zdecydowałam się na rozpoznanie terenu. Wynajem kajaków jest tani, z resztą jak wszystko w Tajlandii, co pozwala bez ograniczeń cieszyć się wszystkim, co ten cudowny kraj oferuje podróżnym. A jest tego sporo, właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ja po wielu godzinach kajakowania i przeciskania się przez wąskie „ścieżki” lasu namorzynowego, gdzie małpy skakały mi niemalże nad głową, zdecydowałam się na popołudniowy trekking po dżungli na grzbiecie słonia. Nie chcąc napędzać bardzo często krzywdzącego zwierzęta interesu, znalazłam fundację, która pomaga i daje dożywotni dom kilkudziesięciu olbrzymom. Przynajmniej wiedziałam, że moje pieniądze trafią w odpowiednie miejsce. Po kołyszącej przejażdżce długo jeszcze bawiłam się ze słoniami i karmiłam je ananasami, a one mnie obwąchiwały i dotykały trąbą w poszukiwaniu jedzenia. Przeszczęśliwa, choć zmęczona (kajakowaniem oczywiście) spróbowałam słynnego masażu tajskiego. Delikatnie ujmując, jest bardzo NIEdelikatny. Starsza kobieta deptała po mnie, ugniatała moje mięśnie, wyginała kończyny, nie zwracając uwagi na moje protesty. Zabawne, bo po wszystkim czułam się jednak odprężona i zrelaksowana. Od tej pory masaże weszły w stały element każdego wieczoru.

Kolejne dni na wybrzeżu szykowały dla mnie niemniejsze wrażenia. Wybrałam się w rejs po zatoce Phanga Bay, gdzie na jednym z przystanków karmiłam zuchwałe małpy, mieszkające w jaskini – świątyni. Płynęłam canoe po labiryncie skał przeciskając się przez tunele niewiele wyższe od poziomu wody. Odwiedziłam również słynną wyspę Jamesa Bonda, jednak największe wrażenie wywarła na mnie wizyta w pływającej wiosce – Koh Panyee. Na złączonych ze sobą tratwach mieszkają muzułmanie, toczący leniwe życie na spokojnych wodach Morza Andamańskiego. Chociaż brakuje jakiegokolwiek zaplecza medycznego, to można zobaczyć szkołę, a nawet pływający cmentarz.

Tajlandia 2010. Agent 007 Tajlandia słynie z nieziemskich wysp, dlatego kilka następnych dni spędziłam pływając od jednej do drugiej, czasem zatrzymując się na nocleg. Poruszałam się długimi, drewnianymi łodziami, przy czym zawsze wybierałam te najbardziej kolorowo przystrojone. Za każdym razem obowiązkowo zabierałam ze sobą na pokład rurkę z maską, by podziwiać bogactwo podwodnego życia. Nie brakowało barrakud, kolorowych rybek, rafy i wielkich meduz, które jednak wolałam omijać. Czuję lekki niedosyt, gdyż nie udało mi się spotkać rekinów – to kolejny powód, żeby wrócić do Tajlandii!

Po nadmorskich przygodach wygrzana wróciłam na kontynent. Zafascynowana fotografowałam orientalne zabytki w Ayutthayi – dawnej stolicy Tajlandii – przygryzając przy tym smakołyk znany wyłącznie w tym regionie kraju. Jest nim włochata, kolorowa wata cukrowa owinięta w zielony naleśnik – w smaku bardzo słodka, z wyglądu… no cóż, po prostu dziwna, jak wszystko w Azji. Większość świątyń to już tylko ruiny, zniszczone po wieloletnich wojnach z Birmą. Znacznie lepiej zachowały się te w Sukhothai – uroczym miasteczku, które jak magnes przyciąga wszystkich podróżników w drodze na północ.

Podczas podróży poruszałam się wieloma przeróżnymi środkami transportu – od łodzi, przez tuk-tuki, Tajlandia 2010. Tuk-tuk po pociągi prosto jak z horroru. Najśmieszniejsze, że kiedy już zajęłam miejsce w starym wagonie bez okien, konduktor przeprosił mnie tłumacząc, że to jest pierwsza klasa, a ja mam bilet na drugą! Kiedy przesiadłam się do kolejnego, po środku stała drewniana ława z wydzielonymi miejscami dla mnichów i osobno dla pozostałych podróżnych. U sufitu podwieszone były wiatraczki a’la klimatyzacja, a dziury z drewnianymi deseczkami niby okiennice stanowiły imitację okien, przez które miejscowi próbowali mi coś sprzedać, kiedy pociąg przejeżdżał akurat przez sam środek targowiska.

Można powiedzieć, że na „deser” mojej wyprawy zostawiłam Kanchanaburi. Znajdują się tam cudowne wodospady Erewan, a także słynny most na rzece Kwai, upamiętniający śmierć tysięcy jeńców alianckich, którzy zginęli w niewyobrażalnych warunkach podczas budowy kolei śmierci, jak ją później nazwano. Jest jednakże coś jeszcze, co przyciągnęło mnie do tego miasta, mianowicie Świątynia Tygrysów. Prowadzona przez mnichów buddyjskich jest domem dla kilkudziesięciu drapieżników i ponad setki bydła oraz innych zwierząt. Jest znana z programu na AnimalPlanet, ukazującego oswojone tygrysy, które są kąpane, karmione z butelki i prowadzane na smyczy przez Azjatów. Miałam szczęście oglądać to na własne oczy! Nigdy nie zapomnę dotyku tygrysiej sierści, jego potężnego łba, groźnych kłów i tego rozleniwionego spojrzenia kocimi ślepiami – marzenia się spełniają! Bawiąc się z kociakami byłam w takiej euforii, że zupełnie zapomniałam o strachu. Będę musiała się go nauczyć, bo przecież nie można zapomnieć, że dzikie zwierzę, choćby od pierwszych dni chowało się z ludźmi, to i tak gdzieś w głębi duszy na zawsze pozostanie dzikie i przez to nieobliczalne.

Tajlandia 2010. Wolontariat Wolontariuszem w Świątyni może zostać właściwie każdy, kto dysponuje miesiącem wolnego czasu i odpowiednią kwotą na bilet lotniczy. Na miejscu nie trzeba się już liczyć z kosztami, jako że w Tajlandii wszystko jest znacznie tańsze niż u nas. Ponadto mnisi zapewniają skromne wyżywienie, przygotowane w tradycyjny sposób (a więc bardzo ostre!). Dostępne jest też lokum, chociaż warunki są surowe – zgodnie z buddyjskim stylem życia. Należy pamiętać, że jest to teren świątyni, więc obowiązuje również odpowiedni ubiór. O poranku medytacja – mile widziani są wyznawcy wszelkich religii. A później już tylko cały dzień z …tygrysami.

Moja podróż nieubłaganie dobiegała końca, lecz zanim wyruszyłam- raz jeszcze podziwiałam piękny poranek w Tajlandii. Jeszcze jedno pyszne śniadanie i nie wiem już które lassi bananowe. Kolejny miły człowiek zabawiający mnie rozmową i opowiadający jakże ciekawe historie. Czułam, że przyzwyczaiłam się już do tego świata, do nieładu, nieporządku, braku pośpiechu, ale też do uśmiechu mijanych przeze mnie ludzi, do ich życzliwości, do słońca, zapachu i smaku.

Jeśli istnieje raj na ziemi, to dla mnie jest on właśnie w Tajlandii.

Natalia Rożniewska

zdjęcia z wyprawy


Operacja Dzika Afryka 2012

sobota 9.07.2011

Wyprawa już się zaczęła, czekamy na pierwsze doniesienia


Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają kręgi szyjne żyrafy albo jaki jest żołądek słonia? Zafascynowane światem dzikich zwierząt postanowiłyśmy zgłębić jego tajemnice – nawet jeśli ciekawość zaprowadzi nas wprost do klatki …lwa.

W lutym przyszłego roku zamieszkamy w Południowej Afryce. Na miesiąc przewrócimy swoje życie do góry nogami, żeby w drużynie najlepszych specjalistów na świecie uczyć się medycyny dzikich zwierząt. Operacje na nosorożcu lub hienie, anestezja lwa czy antylopy, tropienie geparda bądź podążanie śladem stada słoni to tylko jedne z wielu zadań, jakie na nas czekają!

To ekstremalna przygoda, podczas której staniemy oko w oko z niebezpieczeństwem i poznamy z bliska prawa świata, w którym rządzą najsilniejsi, a każdy dzień jest walką o przetrwanie. Oswoimy to, co nieokiełznane i będziemy stać na straży wolności i dzikości zwierząt Afryki.

Po wyczerpującej pracy w upalny dzień zasmakujemy lokalnej kuchni w najprawdziwszym wydaniu,  bowiem będziemy gościć wśród rdzennych mieszkańców RPA. Natomiast w wolnym czasie wybierzemy się na Przylądek Dobrej Nadziei, będziemy pływać z delfinami i poznawać zwyczaje życia na Czarnym Lądzie.

Chcesz wiedzieć, co będzie dalej? Polub nas na facebooku i podążaj naszym tropem po Czarnym Lądzie na stronach wydziałowych i naszym blogu Zapraszamy!

– studentki IV roku

Natalia Rożniewska Agnieszka Ruman Agnieszka Przybylska

Jesteśmy także na  









bowiem będziemy gościć wśród rdzennych mieszkańców RPA. Natomiast w wolnym czasie wybierzemy się na Przylądek Dobrej Nadziei, będziemy pływać z delfinami i poznawać zwyczaje życia na Czarnym Lądzie.


Klub Wędrujących Weterynarzy

niedziela 9.01.2011

Klub Wędrujących Weterynarzy Koła Naukowego Medyków Weterynarii,
w osobie Ani Bunikowskiej i Tomka Marchewki, gorąco zaprasza na pokaz slajdów z autostopowej wyprawy po Armenii, Górnym Karabachu i Swanetii.


Dnia 13.01.2011 r o godz. 19 w Auli 3 budynek 24 kampusu Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego opowiemy o podróżowaniu z jucznymi osłami, psie, który jeździł autostopem, gotowaniu kolacji w gejzerze, biwakowaniu na drodze dla czołgów, wyprawach do zaginionych wodospadów, ormiańskich imprezach, oraz krainach, uchodzących za „najpiękniejsze na świecie”. Wyjaśnimy też, dlaczego pozorny raj dla autostopowiczów wcale rajem nie jest.

 

 

pozdrawiamy i serdecznie zapraszamy
Klub Wędrujących Weterynarzy


Copyright © 2009 – Wydział Medycyny Weterynaryjnej. -Logowanie -Kontakt z adminem - Twoje IP:

Wszelkie znaki graficzne użyte w serwisie stanowią własność odpowiednich instytucji i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych